Wolna Palestyna

19/05/2015

Ala Qandil: Palestynki

Filed under: Uncategorized — Wolna Palestyna @ 11:36

PalestynkiKorespondencja z Ramallah

Mariam odpala papierosa, przegląda menu jednej z popularnych kawiarni w Ramallah. Jest czwarta po południu. W kawiarni pełno młodych Palestyńczyków, angielski przeplata się z arabskim. Mariam przychodzi na wywiad z dwiema koleżankami. Żadna z nich nie zakrywa głowy, w świeckim świecie Ramallah to wcale nie należy do rzadkości. Wszystkie są studentkami, wszystkie są zaangażowane w protesty przeciwko izraelskiej okupacji i krytykę palestyńskich władz, które, jak mówią dziewczyny, nie dbają specjalnie o swoich obywateli. Mariam napisała o tym ostatnio artykuł dla „New York Times’a”: „Autonomia Palestyńska wydaje 27% budżetu na siły bezpieczeństwa, praktycznie zamieniając terytoria [okupowane] w państwo policyjne. W moim środowisku ludzie mówią, że jeśli Izraelczycy cię nie aresztują, zrobi to Autonomia”.

– Wiesz, my wychowałyśmy się w bańce. W Ramallah Autonomia Palestyńska udaje, że ma państwo i że jest czym rządzić – stwierdza otwarcie. Ramallah, położone zaledwie 20 km na północ od Jerozolimy, stało się nieoficjalną stolicą palestyńską. Tu znajduje się siedziba rządu i prezydenta Mahmuda Abbasa. Ale palestyńskie władze nie mają zbyt wielkiego pola do popisu. Okupowane przez Izrael od 1967 r. terytoria palestyńskie zostały rozbite na części: Zachodni Brzeg, oddzieloną od reszty palestyńskich ziem murem Jerozolimę Wschodnią i obłożoną ścisłą blokadą Strefę Gazy. W wyniku porozumień z Oslo zawartych między Palestyńczykami a Izraelem na początku lat 90. Zachodni Brzeg został podzielony na trzy strefy. Największa to strefa C, zajmuje ponad 60% powierzchni Zachodniego Brzegu i jest pod pełną izraelską władzą cywilną i wojskową. Tam też znajdują się wszystkie żydowskie osiedla, przez społeczność międzynarodową uważane za pogwałcenie IV konwencji genewskiej. Strefa A obejmuje palestyńskie miasta, B – ich przedmieścia. Rząd Autonomii Palestyńskiej ma w swojej gestii tylko sprawy cywilne w strefach A i B oraz dodatkowo kwestie „bezpieczeństwa” w A. Nie ma kontroli nad granicami, surowcami, wodą, ewidencją ludności, obronnością, polityką pieniężną ani nakładaniem podatków VAT – to wszystko pozostaje w rękach Izraela. W Ramallah powstała palestyńska klasa średnia – biurokraci zatrudnieni w przerośniętej administracji państwowej i pracownicy organizacji pozarządowych, jedni i drudzy de facto sponsorowani przez Zachód.

Strzały w Nabi Saleh

Do strefy A izraelska armia rzadko zagląda. Owszem, swoboda poruszania się jest ograniczona systemem specjalnych pozwoleń wydawanych przez izraelskie władze, niezbędnych, by wjechać do Jerozolimy lub na izraelskie terytorium, oraz kilkuset punktami kontrolnymi, blokadami drogowymi, lotnymi i stałymi posterunkami, przejściami granicznymi. Ale i tak żyje się tam dużo wygodniej niż w wioskach sąsiadujących z siedzibami osadników lub w obozach dla uchodźców, gdzie armia robi regularne wypady. Mariam Barghouti mogła dorastać, nie ocierając się o te problemy. Tym bardziej, że w czasach drugiej intifady jej rodzina wyjechała na kilka lat do Stanów Zjednoczonych.

Dopiero zaangażowanie polityczne otworzyło Mariam oczy na to, jak wygląda życie pod okupacją. Pierwszy raz wzięła udział w proteście w marcu 2011 r. – Na czele szły kobiety, poczułam, że ja też mam obowiązek zaangażowania się na rzecz zmian.

Potem zaczęła regularnie bywać na piątkowych protestach w palestyńskich wsiach leżących wzdłuż muru separacyjnego, którym Izrael otacza Zachodni Brzeg. W 2004 r. Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości uznał mur za pogwałcenie prawa międzynarodowego, przede wszystkim dlatego, że jego przebieg nie trzyma się umownej granicy między Izraelem a ziemiami palestyńskimi, tylko wije się, wżyna w ich głąb – tak, by po izraelskiej stronie znalazły się żydowskie osiedla i palestyńskie ziemie uprawne, ale już bez ich właścicieli.

Mieszkańcy kilkunastu wiosek zagrożonych utratą gruntów od ponad dekady co piątek zbierają się na demonstracje. W geście solidarności dołączają do nich palestyńscy działacze z innych miejscowości, studenci, garstka izraelskich anarchistów, obserwatorzy międzynarodowi, aktywiści, dziennikarze, czasem nawet dyplomaci unijni.

Mariam chodziła na protesty w wiosce Nabi Saleh; osadnicy chcieli tam zagarnąć tylko dla siebie wiejskie źródełko. Izraelscy żołnierze rozbijają te protesty wyjątkowo brutalnie, często jeszcze zanim się zaczną. Opowiadał o tym m.in. były żołnierz w anonimowych zeznaniach zebranych przez izraelską organizację Breaking the Silence.

– To jest jak rodzaj gry. Przed Nabi Saleh każdy chce się uzbroić w jak największą ilość amunicji, żeby móc jak najwięcej postrzelać. Dla frajdy. Masz całą masę granatów hukowych i w końcu musisz coś z nimi zrobić, więc rzucasz nimi tylko po to, żeby rzucić w ludzi, którzy o nic nie są podejrzewani. Potem wieczorem przy piątkowym obiedzie opowiadasz kolegom: „Rany, tyle i tyle wystrzelałem, ty wystrzeliłeś tyle…”.

– Jeszcze zanim zacznie się demonstracja – relacjonował anonimowy żołnierz – patrole przejmują dachy palestyńskich domów, rozlokowują się w różnych miejscach wioski i czekają, by zacząć strzelać. W piątek, jeśli jesteś Palestyńczykiem i nie chcesz zostać ranny, nie możesz chodzić po ulicach swojej wioski już od godz. 11 rano (demonstracja zaczyna się po południu – przyp. red.). Jeśli zawrócisz, od razu jesteś podejrzany i będziesz celem gazu łzawiącego lub granatu hukowego. I wtedy się zaczyna – ludzie uciekają przed gazem, straż graniczna widzi, że biegną: aha, biegną? Więc na pewno są podejrzani. Więc ona też zaczyna strzelać gazem.

– Żołnierze są bardzo młodzi, mają 19-20 lat; są sfrustrowani. Smarkacze wysłani tu przez system, z poczuciem, że mogą odreagować, bawiąc się ludzkim życiem – podsumowuje Mariam.

Żadnej szansy przed trybunałem

Mariam wraz z innymi działaczkami wybrała się pewnego dnia na piknik w okolicach Nabi Saleh, nad kamienny basen, jakich wiele na palestyńskich polach. Kiedyś budowali je rolnicy, by gromadzić wodę do podlewania upraw. Dziś baseny upiększają krajobraz. Po drodze zatrzymał je izraelski patrol i aresztował. Przez osiem godzin siedziały pod drzewem. – Plastikowe paski zaciskowe krępowały nam ręce za plecami. Traciłam czucie w dłoniach, więc poprosiłam jednego z żołnierzy, żeby je trochę poluzował. Ścisnął jeszcze bardziej – opowiada. Zwolnili je o godz. 3 nad ranem za kaucją. Jak zwykle kaucji im nie zwrócono.

Żołnierzom wolno było je aresztować, bo Palestyńczycy z Zachodniego Brzegu podlegają reżimowi ponad 1,7 tys. rozporządzeń wojskowych wydanych przez dowódcę izraelskiej armii na terytoriach okupowanych. Żołnierze mogą zatrzymać każdego, kto z jakiejkolwiek przyczyny wydaje im się podejrzany – również grupę młodych kobiet idących na piknik. Za to do żydowskich osadników, również mieszkańców Zachodniego Brzegu, stosuje się izraelskie prawo cywilne. Jedno terytorium, dwa różne systemy prawne, w zależności od przynależności etnicznej – wskazują ci, którzy obecny system przyrównują do apartheidu.

W listopadzie 2012 r., w trakcie izraelskiej ofensywy w Strefie Gazy, Mariam i siedem innych kobiet weszło na dach budynku izraelskiej administracji na Zachodnim Brzegu, w okolicach Ramallah. Chciały zaprotestować, wyrażając solidarność z Gazą. Nagranie z ich brutalnego aresztowania można znaleźć w internecie. Potem było jeszcze gorzej, zostały zabrane na posterunek policji. – Mijały godziny. Siedziałam na dziedzińcu, z rękami skutymi na plecach. Nic nie widziałam, bo miałam cały czas opaskę na oczach – nic poza sześcioma parami stóp dookoła mnie. Oni stali tak blisko, że czułam ich oddech na sobie. Jeden z nich darł mi się do ucha. Drugi groził gwałtem. Odmówiłam zeznań. Próbowałam nawet się uśmiechnąć – wspomina.

W kwietniu zeszłego roku Mariam została aresztowana po raz trzeci. Znowu w Nabi Saleh. Tym razem była tam w charakterze tłumaczki, pracowała z zachodnimi dziennikarzami. Trwał protest, jak zwykle przyszły też dzieci z wioski. – Jeden z żołnierzy strzelał do maluchów gazem łzawiącym z bardzo bliskiej odległości. Stanęłam tuż przed nim, krzyczałam na niego, chciałam go powstrzymać – opowiada. Przy wyjeździe ze wsi zatrzymał ich patrol. Ten sam żołnierz, na którego Mariam wcześniej krzyczała, wyciągnął ją z samochodu. – Gdy mnie aresztowali, koleżanka, która zna hebrajski, usłyszała, jak żołnierze ustalali między sobą, że oskarżą mnie o rzucanie kamieniami.

Na posterunku policji przesłuchujący pytał ją: – Czemu rzucałaś kamieniami?

– Nie rzucałam, pokaż mi jakikolwiek dowód.

– Co w takim razie tam robiłaś?

– Pracowałam z dziennikarzami.

– Nieprawda, rzucałaś kamieniami.

Mariam odmówiła składania dalszych zeznań. Trafiła do więzienia HaSzaron, położonego na północ od Tel Awiwu. Przetrzymywanie tam palestyńskich więźniów jest niezgodne z IV konwencją genewską. Zgodnie z jej zapisami Izrael powinien sądzić i w wypadku skazania więzić Palestyńczyków tylko na ziemiach okupowanych. W HaSzaron Mariam czekała na rozprawę przed trybunałem wojskowym. Murad Dżadallah z palestyńskiej organizacji Addamir walczącej o prawa więźniów zaznacza, że Palestyńczycy z Zachodniego Brzegu są sądzeni przez trybunały wojskowe, a nie sądy cywilne. – Nie mają praktycznie żadnych szans, 99,74% osób zostaje skazanych – mówi, opierając się na danych z 2010 r., opublikowanych przez izraelski dziennik „Haarec”.

Najgorsze było ciągłe przewożenie z więzienia do sądu. Zawsze w środku nocy. Zawsze najpierw do miasta Ramla, gdzie zwozi się wszystkich więźniów, którzy mają mieć rozprawę danego dnia. W autobusach zamyka się ich w metalowych klatkach, klaustrofobicznych, brudnych, pełnych śmieci i karaluchów. Gdy Mariam pierwszy raz jechała do położonego na Zachodnim Brzegu więzienia i siedziby trybunału wojskowego Ofer, myślała, że za chwilę wyjdzie. Prawnik jednak poinformował ją, że prokurator odgrzebał stare sprawy, w tym protest na dachu, i sytuacja się skomplikowała. Na sali rozpraw zobaczyła rodzinę i nie mogła opanować płaczu. Wróciła do więzienia w HaSzaron.

Przetrwała dzięki wsparciu kobiet z celi. Siedziała z kilkoma innymi Palestynkami. Niektóre odsiadywały wieloletnie wyroki za udział w zbrojnym ruchu oporu. Mimo to Mariam, choć z zupełnie innego świata, znalazła w nich oparcie. – W celi było strasznie brudno, po łóżkach biegały karaluchy. Na widok pierwszego pisnęłam, potem już się przyzwyczaiłam. Nie miałam siły ani chęci podnosić się z łóżka. Inne kobiety z celi tak długo przekonywały mnie, żebym wstała, aż w końcu się zebrałam. Potem tłumaczyły, że najgorsze, co można zrobić, to poddać się.

Na drugi dzień podczas spaceru na dziedzińcu więzienia zrobiła im zajęcia z jogi. Uczyła je grać w zbijaka piłką zrobioną ze splątanych skarpet. One ugotowały jej wegański obiad, co w palestyńskiej tradycji jest poważnym odstępstwem – śmieje się Mariam, doceniając ich starania. Z więzienia wyszła podłamana psychicznie, ale też pełna szacunku dla tych kobiet.

Wolność dla Liny

W więzieniu Mariam spotkała Szirin Issawi, prawniczkę z Jerozolimy Wschodniej, której brat Samer strajkował przez 266 dni, przyjmując tyko płyny i doprowadzając się na skraj śmierci głodowej. Stał się twarzą palestyńskiego ruchu oporu. Protestował przeciwko instytucji aresztu administracyjnego, która pozwala izraelskim żołnierzom aresztować Palestyńczyków bez stawiania jakichkolwiek zarzutów. Na podstawie tajnych dokumentów, do których dostępu nie mają ani aresztowany, ani jego prawnik, sędzia co sześć miesięcy decyduje o przedłużeniu aresztu. Samer po 266 dniach bez jedzenia wywalczył sobie gwarancję zwolnienia. Jego siostra Szirin została aresztowana wraz z czterema innymi palestyńskimi prawnikami. Wszystkich oskarżono o wykorzystywanie tajemnicy zawodowej w rozmowach z klientami do przekazywania więźniom zaszyfrowanych wiadomości.

– Szirin Issawi spędziła miesiąc w izolatce. Gdy ją spotkałam, nie mogła przestać mówić. Mimo że w więzieniu wszyscy uważają na każde słowo, bo nigdy nie wiadomo, kogo izraelskie służby złamały i zmusiły do donoszenia na współwięźniów – śmieje się Mariam. W grudniu Szirin, wciąż siedząc w HaSzaron, dostała nagrodę Alkarama (z arabskiego: godność) przyznawaną przez szwajcarską organizację działaczom i działaczkom z Bliskiego Wschodu narażonym na tortury, porwania czy bezzasadne aresztowanie.

Obecnie w izraelskich więzieniach przebywa ok. 7 tys. Palestyńczyków, w tym 21 kobiet, przy czym trzy są nieletnie. Aż 110 zostało aresztowanych w zeszłym roku, o 70% więcej niż w 2013 r., według danych Autonomii Palestyńskiej. Wśród nich jest koleżanka Mariam, 18-letnia Lina Khattab. Jej zdjęcie – w dżinsowej koszuli, z rozpuszczonymi długimi włosami i obowiązkową kufiją (arafatką), krąży po mediach społecznościowych z hasłem „Wolność dla Liny”. Lina przebywa w tym samym więzieniu, co Mariam i Szirin, już od miesiąca. To, co dla Mariam było najtrudniejsze – trwającą ponad 12 godzin wyprawę do sądu i z powrotem, brudne autobusy, metalowe klatki, godziny czekania, niepewność, obmacywanie przez strażników – Lina musiała przejść po raz piąty w połowie stycznia. Sędzia odmówił jej zwolnienia za kaucją. – Lina nie wie, jak długo będzie czekać. Sąd nie ustalił daty rozprawy, ale musi ona się odbyć w ciągu stu dni – mówi Murad Dżadallah, którego organizacja reprezentuje dziewczynę przed trybunałem wojskowym. Po rozprawie ktoś usłyszał, jak sędzia komentował, że w Linie widzi zadatki na liderkę, przywódczynię.

Na razie Lina jest oskarżona o udział w nielegalnej demonstracji. Praktycznie wszystkie demonstracje, które odbywają się w strefie C Zachodniego Brzegu, czyli tej kontrolowanej przez Izrael, są według władz okupacyjnych nielegalne. Tym bardziej, że najczęściej są skierowane przeciwko izraelskiej okupacji. Jeden z policjantów na dodatek twierdzi, że widział, jak Lina rzucała kamieniami w policyjny samochód i złamała im lusterko. Lina wszystkiemu zaprzecza. Zeznała, że pod więzieniem i trybunałem wojskowym Ofer była przypadkiem i tylko przechodziła obok. – Może zostać skazana na rok więzienia lub więcej – uprzedza Dżadallah. – Proces w trybunale wojskowym z gruntu nie jest uczciwy. O losach Palestyńczyków decyduje się na podstawie dekretów wojskowych. W praktyce oznacza to, że zeznania policjanta czy żołnierza wystarczą w sprawie jako przesądzający dowód. Nie ma tu miejsca na prawa człowieka czy prawo humanitarne nakreślone w konwencjach genewskich.

Mariam została w końcu skazana na dwa miesiące w zawieszeniu na dwa lata i 2 tys. szekli kary (1885 zł) za udział w nielegalnym zgromadzeniu. Na protesty nie chodzi, nie chce ryzykować powrotu do więzienia. Skupi się na pisaniu, m.in. o palestyńskiej tożsamości – chce poszukać tych jej aspektów, które nie zostały zbudowane na opozycji wobec izraelskiej okupacji. – Wychowujesz się na romantycznym, pięknym micie palestyńskiego ruchu oporu. W rzeczywistości nie ma nic pięknego ani romantycznego w nocnych aresztowaniach dzieci, śmierci młodego chłopaka, który chciał zaprotestować, czy w brudnej więziennej celi.

Alicja Quandil, 17 marca 2015

Tygodnik „Przegląd”

 

TrackBack URI

Blog na WordPress.com.

%d bloggers like this: