Wolna Palestyna

03/06/2013

Izrael Szamir: Każdy może zabić w sobie Żyda

Filed under: Uncategorized — Wolna Palestyna @ 13:06

Szura Butrin

Izrael SzamirIzrael Szamir (Israel Shamir) jest w polityce izraelskiej figurą znienawidzoną. Lecz powodem tego nie jest tylko sam radykalizm. Szamir jest pisarzem kultowym, jest wspaniałym łącznikiem między kulturą żydowską i rosyjską.

Siedzimy z Szamirem w Ramallah w kawiarni. Jest z nami palestyński profesor Hassan Abdallah ze swoją francuską żoną.

– Z Hassanem ciągle się kłócimy – śmieje się Szamir. On nie lubi Hamasu, a mnie się podoba.

– Hamas?!!

– Tak, ja w ogóle lubię ludzi wierzących: dobrze jest, gdy ludzie myślą o duszy. Hamas troszczy się o ludzi, robi wiele dobrego – szkoły, szpitale. Nie są skorumpowani…

W tym momencie Francuzka przypomina, że książki Szamira są we Francji zabronione za antysemityzm.

– Czy Pan naprawdę nienawidzi Żydów?

– Oczywiście, że nie. Po prostu bardzo chcę zabić w sobie Żyda…

W ciągu wielu lat to tu, to tam słyszałem o Izraelu Szamirze, lecz wiadomości te nie składały się na wyraźny obraz. Radziecki dysydent, walczący o prawo Żydów do wyjazdu do Izraela, izraelski spadochroniarz, korespondent wojenny w Wietnamie, tłumacz wielkiego pisarza żydowskiego Szmula Józefa Agnona, perfekcyjny znawca judaizmu, japonista, współpracownik rusofilskich gazet Dień i Zawtra, lider izraelskich skrajnych lewicowców, zwolennik demontażu państwa żydowskiego, najbardziej znany publicysta izraelski, autor nowego rosyjskiego tłumaczenia „Odysei”. Wydawać by się mogło, że jest wielu różnych Izraelów Szamirów – może tylko nazwisko mają takie same?

Lecz w telefonie odpowiada konkretny Szamir – głosem ochrypłym i wesołym oświadcza: „Pogadać o Palestynie? A ja tam jutro jadę, dołączcie się”.

Zabiera nas na trasie Tel-Aviv – Jerozolima i okazuje się niskim, przysadzistym, opalonym sześćdziesięciolatkiem. Bardziej podobnym do Araba, niż do Żyda. Oczy ma wesołe, jest bardzo żywy, przyjazny – lecz wie o co chodzi.

– Najpierw pojedziemy do Jerozolimy, coś wam pokażę…

Mijamy nudne typowe miasteczka. Przez dziesięć lat, kiedy tu nie byłem, Izrael bardzo się zmienił. Przedtem robił wrażenie, że chodzisz po dekoracjach z dykty, w pośpiechu zbudowanych na Księżycu. Krok w bok – i z teatru ludzkiego życia przechodzisz na starożytną pustynię, gdzie prorocy wędrowali ze swymi stadami. Można było wyczuć, że kraj ma dopiero pięćdziesiąt lat – chwila w historii tej ziemi.

Teraz to uczucie znikło, zabudowano wszystko. Ludność bardzo się zwiększyła, miasto pochłania równinę: cały Izrael ma czterdzieści kilometrów szerokości. W miasteczkach mnóstwo wielopiętrowców. Jest już zwyczajnie i nudno.

Lecz autostrada prowadzi w górę, mijamy sine kamieniste wzgórza – i wtem, zaczynam je poznawać: jak gdyby przypominają wiersze Biblii. Dziwne, lecz w jej tekście w jakiś sposób zamknięty jest ten krajobraz. Jak gdyby zwykłe góry, lecz spojrzysz – i jasnym się staje, że Biblię napisano tutaj.

– Jest Pan chyba najbardziej znanym antysyjonistą – a przecież zaczynał Pan jako syjonista.

– Tak, w młodości byłem zażartym antykomunistą. No wie Pan, w latach sześćdziesiątych był wielki duchowy entuzjazm, nadzieje na to, że coś się zmieni, że życie będzie lepsze. Oczywiście, byliśmy dysydentami, przyjaźniłem się z Aleksandrem Danielem, Wadimem Delone. Lecz to wszystko zakończyło się, kiedy w roku 1968 wprowadzono wojska do Czechosłowacji. Była to katastrofa. Mieszkałem wtedy w Nowosybirsku i pamiętam, że z przyjacielem, Stiepanem Pacznikowem (w przyszłości został jedną z kluczowych postaci rosyjskiego biznesu informatycznego), chodziliśmy nocą po Miasteczku Akademickim i pisaliśmy na ścianach: „Ręce precz od Czechosłowacji!”. Wszystkie nadzieje runęły, lecz ludzie byli energiczni, a ja w szczególności, i zaczęliśmy szukać czegoś innego. Akurat na horyzoncie pojawił się syjonizm. Też było ciekawie: podziemie, kółka nauki hebrajskiego. Były konspiracyjne spotkania, przyjeżdżali Żydzi z całego Związku Radzieckiego – z Gruzji, Ukrainy, republik bałtyckich, Buchary, wszyscy tacy różni, poznawali się wzajemnie. Zbieraliśmy się w lasach, w okolicach Rygi, na odeskim Limanie. Siedzieliśmy przy ognisku, śpiewaliśmy żydowskie piosenki, opowiadaliśmy legendy o bohaterskiej walce. Było bardzo wesoło. Był to ruch bardzo radosny – różniący się tym od dysydentów, którzy pili „za sukces naszej beznadziejnej sprawy”. A nasze cele były jasne, możliwe do zrealizowania, i stąd nasz optymizm.

Wie Pan, co w tym znalazłem? Były to lata sześćdziesiąte, młodzież wszędzie pasjonowała się walką narodowo-wyzwoleńczą, marzyła o Wietnamie, Kubie. Dlatego, że tam była zwyczajna, oczywista sprawiedliwość. Chcieliśmy także być w dżungli, wśród partyzantów, lub przynajmniej poprzeć ich organizując mityngi. Właśnie pojawiła się taka walka, i jeszcze okazało się, że sami jesteśmy Wietnamczykami.

– A w jaki sposób został Pan spadochroniarzem?

– No, przyjechałem do Izraela, przyjęto mnie wspaniale. Wszystko tutaj było bajkowe: Żydów z Rosji były jednostki, wszyscy mi nadskakiwali. A jeśli człowiek jest dobrze traktowany, to chce się bardzo odwdzięczyć. Poszedłem wtedy do wojska. Spodobało mi się, byłem bardzo zadowolony. Służyłem w doborowych oddziałach desantowych, mieliśmy takie czerwone buty, z których byłem bardzo dumny. No i fizycznie dobrze jest pobiegać po górach.

A potem zaczęła się wojna, wojna Jom Kippur z Syrią i Egiptem. Wiecie, jaka jest wojna, piękna i ciekawa. Wojna wciąga – moc, żywioł. Chłopcy lubią takie rzeczy. Dobrze jest pobiegać, postrzelać. Zadania także mieliśmy interesujące – jest to zaleta oddziałów desantowych. Na przykład, rzucono nas głęboko w tył, nikt nie wiedział gdzie, na szosę Suez – Kair, aby odciąć Egipcjanom zaopatrzenie. Siedzimy: z jednej strony pędzą czołgi, z drugiej – piechota. Ciekawie! Pamiętam, jak pierwszy raz znalazłem się pod ostrzałem artyleryjskim i pomyślałem: „Przecież te durnie mogą nas trafić! Co oni, nie widzą nas, czy co?” Oczywiście, żal, że giną ludzie, lecz na wojnie jakoś inaczej do tego się podchodzi. W ogóle, bardzo mi się spodobało. Potem się zdemobilizowałem, lecz chciałem czegoś więcej. Pojechałem do Wietnamu, Laosu, Kambodży – jako korespondent wojenny. Była to oczywiście inna wojna, i być dziennikarzem jest o wiele lżej, niż żołnierzem.

Z drugiej strony, właśnie w wojsku poznałem Palestynę. Pamiętam, biegałem na ćwiczeniach po obozie, a za drutem kolczastym chłop bronował ziemię wokół drzew oliwnych. I pozazdrościłem mu! Strasznie zachciałem także urodzić się tutaj, na zboczu wzgórza, pośród kóz, koło winnicy.

Lifta

Samochód pnie się pod górę, na której rozłożyła się Jerozolima. Lecz Szamir niespodziewanie parkuje gdzieś na autostradzie, wśród betonowych skrzyżowań. Zapyloną ścieżką schodzimy do wąwozu i widzimy opuszczoną arabską wioskę.

– Oto przyczyna tego, co dzieje się w Gazie. To Lifta, mieszkańców wygnano w czterdziestym ósmym i nie pozwolono na powrót. Takich wiosek jest czterysta pięćdziesiąt. Większość została zniszczona buldożerami a na ich miejscu posadzono las, żeby nie zostało nawet śladu. Gaza – to dzieci i wnuki mieszkańców wygnanych stąd.

Wioska jest ładna, na zboczach są rozrzucone wspaniałe murowane domy architektury arabskiej. Wchodzimy – pusto, sadza i dziura w suficie.

– Wojskowi zniszczyli dachy, aby ludzie nie powracali. Zaraz po wojnie mieszkańcy zaczęli przekradać się w rodzinne strony, polowano na nich i rozstrzeliwano lub deportowano. Nawet tym, którzy uciekli do sąsiedniego miasta, nie pozwolono powrócić. Pola i sady ogłoszono za teren wojskowy, nie pozwolono ich uprawiać, a potem skonfiskowano jako nie uprawiane.

Wdrapujemy się na dach pięknego starego domu. Widać stąd całą martwą wioskę. Na okolicznych wzgórzach już wznosi się jerozolimskie nowe budownictwo. A tutaj dziwny kawałek wiecznego roku czterdziestego ósmego.

– Słyszałem, że Palestyńczycy uciekli sami, mając nadzieję powrócić, kiedy armie arabskie zepchną Żydów do morza.

– Tak, Izraelczycy już sześćdziesiąt lat powtarzają tę bezsensowną mantrę. Uciekli, jak wszyscy uciekinierzy, przed wojną, ratując życie. Co za różnica, na co liczyli? Żydzi o nic ich nie pytali, gdy tworzyli tutaj swoje państwo. Czy to jest powód, aby zabierać im domy? Syjoniści uważali Palestynę za pustą – to, że tutaj mieszkało półtora miliona ludzi, nic ich nie obchodziło. Gdy Palestyńczycy uciekli, bardzo się ucieszyli: tego im było trzeba. Główne argumenty Izraelczyków: wojna z Arabami jest wieczna, nieunikniona, oni nas chcą zepchnąć do morza, nienawidzą nas genetycznie… W rzeczywistości retoryka ta jest potrzebna, aby nie mówić o grabieży, nie oddawać zdobyczy.

– Tak, lecz dlaczego Arabowie trzymają się właśnie tych miejsc? Izrael jest maleńki, a świat arabski ogromny.

– Żydzi, i w ogóle ludzie z miasta, nie rozumieją tego wszystkiego. Żyd myśli: „Co bym zrobił na ich miejscu? No, wygonili. Zajmę się czymś innym, wyślę dzieci na uniwersytet, otworzę sklep, zmienię fach”. Nie może zrozumieć, co czuje człowiek, który przywykł do ziemi. A tutaj całe życie człowieka związane jest z danym miejscem: należę do mojej rodziny, do mojej wioski. Przeprowadzić się do innej wioski – to jak zmienić rodzinę: absurd. Walczyć za Palestynę także nie będzie, jedynie za swoją wioskę. Dla ludzi była to katastrofa, przeszły już trzy pokolenia, a oni cały czas uważają siebie za uciekinierów. A i dokąd pojadą? Nikt ich nie oczekuje. Ludzie siedzą w sektorze Gaza jak w więzieniu, jak śledzie w beczce, bez pracy, bez jedzenia, i nawet nie mogą popatrzeć na swe domy – taki to terroryzm. Dobrze, jedźmy, popatrzymy na żywych ludzi – sami wszystko opowiedzą.

Wyżyna

Znowu błądzimy po autostradach zagęszczonych w Izraelu. Jest taki malutki, a ludzi tak dużo, że ciągle odczuwa się klaustrofobię. Dokąd nie pojechać – po dwóch godzinach będzie zablokowana granica, za którą są wrogowie. Miasteczka stają się coraz bardziej smutne: brzydkie betonowe pudełka, brak związku z pejzażem.

– Jeśli zacznie budować mrówka, zbuduje mrowisko. Jeśli zacznie budować Żyd, zbuduje getto.

– Przypomina architekturę czasów socjalizmu.

– Jak w ZSRR, popularny jest tu konstruktywizm, ludzie podświadomie starają się wykorzenić ślady realnej przeszłości. Przeszkadza ona oficjalnej ideologii. Sam Izrael jest krajem jeszcze bardziej naiwnym niż demoludy. Mimo wszystko przybyłem tutaj w latach sześćdziesiątych, chociaż z ZSRR. Przyjechałem – taki młody, liberalny, a tutaj szczerze zachwycają się musztrą żołnierzy lub marszem, śpiewają pieśni patriotyczne w rodzaju „Ukochany kraj”. Jak gdybym przeniósł się maszyną czasu. Oczywiście, potem były tutaj jakieś odwilże, lecz z drugiej strony, świat wokół cofał się. Wszechobejmujący dryl izraelski stał się na Zachodzie paradygmatem panującym. Wcześniej strasznie brzydziłem się tymi tutaj wszystkimi kontrolami – w sklepie, w autobusie. A teraz jest to już na całym świecie, w Ameryce zmuszono mnie zdjąć spodnie przed wejściem do autobusu. To tutaj stworzono ideę terroryzmu, sam terroryzm, ideę walki z nim. Nie ma słów na te brednie. Walka z automatami Kałasznikowa. Terroryzm – to po prostu narzędzie…

Na peryferiach kolejnego miasteczka błądzimy wzdłuż nieskończonego płotu z drutem kolczastym – jest to jeden z niezliczonych płotów odgradzających Arabów od Żydów.
W końcu, pośród jakiegoś wysypiska, znajdujemy bramę, za którą jest izraelski Punkt Kontrolno Przepustowy.

– To zapomniany wyjazd, jeżdżą sami swoi, mało kto się tutaj wałęsa. Zęby na nich zjadłem – uśmiecha się Szamir. – Wożę tutaj wycieczki, zarabiam na życie.

Młodziutki groźny żołnierz powstrzymuje samochód, spogląda na kierowcę – i przepuszcza. Szosa prowadzi do żydowskiego osiedla na terytoriach palestyńskich. Przejeżdżamy sto metrów i ostro skręcamy na prowadzącą w góry drogę gruntową. Na betonowej płycie ręczny napis farbą: „Izraelczykom wjazd wzbroniony”.

– Czy to napisali Arabowie?

– Oczywiście, że nasi. Żydom zabrania się jeździć do Palestyny. Oficjalnie dlatego, że zabito tu kilkoro ludzi. A w rzeczywistości – żeby się ludzie nie kontaktowali. Normalny Izraelczyk w życiu tutaj nie pojedzie.

Droga stromo pnie się w górę – robi pętlę i szeroko otwiera się cudowny widok. Pod nami cały Izrael, aż do tonącego w mgiełce morza. Lżej oddychać, chłodniej, i znikła klaustrofobia. Pełzniemy po suchych jasnożółtych wzgórzach, usianych czarnymi kamieniami i szarymi drzewami oliwkowymi. Oto ona, Judea, starożytny płaskowyż palestyński.

Wjeżdżamy do wioski. Podświadomie spodziewam się zobaczyć ruinę i gniewną dzikość – a widzę zwykłe wiejskie życie: kobieta w jaskrawej chustce prowadzi dziecko, staruszkowie siedzą w herbaciarni. Aż dziw bierze, że współczesność jest całkiem blisko, zaledwie jakieś trzy kilometry – z wioski doskonale widać w dole betonowe izraelskie miasteczka. Na jednym ze skrzyżowań widzę na ścianie graffiti: uśmiechnięty Jaser Arafat i Saddam Hussein z karabinami – jest to jedyna oznaka oporu. Kilkakrotnie zatrzymujemy się, Szamir pyta po arabsku o drogę. Odpowiadają nam z przyjaznym zaciekawieniem.

– Tak, oczywiście, bardzo sympatyczni ludzie, chłopi. W rzeczywistości bardzo pokojowi. To nie Czeczeni, którzy naprawdę umieją walczyć. A Palestyńczycy nie umieją, nie walczyli setki lat – w Imperium Osmańskim był porządek. Dlatego, gdy przyjechali Żydzi, nie byli w ogóle w stanie zorganizować zbrojnego oporu. Jedynie w ostatnich trzydziestu latach trochę nauczyli się bronić, pojawiły się pewne struktury. To prawda, że są wytrwali. W rzeczywistości osiągnęli jedynie to, że w świecie mówi się o nich. Ostatnio byłem w Kaszmirze, wygoniono stamtąd kilkaset tysięcy Hindusów, lecz nikt o tym nie mówi i nie myśli…

Nastia

Wjeżdżamy do pięknej, porządnej wioski Batir. Domy nowe, lecz pomimo to czuje się, że jest to stary świat.

– Tak, Batir to bardzo stara wioska, tutaj kiedyś rzymscy legioniści oblegali powstańców Szymona Bar-Kochby – był to jeden z miejscowych watażków. Faktycznie jest to także przedmieście Jerozolimy, stąd do końcowego przystanku jest czterdzieści minut na piechotę. Lecz los tak dał, że są to już terytoria palestyńskie.

W środku wsi zatrzymujemy się przed wielkim arabskim domem. W bramie spotyka nas mała jasnowłosa rosyjska dziewczyna.

– Nastia wam wszystko opowie, mieszka na miejscu, ma tu męża. Tylko proszę, nie nazywajcie mnie tutaj Izraelem, ludzie mogą się boczyć. Mówcie do mnie Adam, tak mnie ochrzczono.

Nastia prowadzi nas na wewnętrzne podwórko. Wokół rozpostartej na podłodze długiej serwety siedzą młode kobiety w chustkach, biegają dzieci, uśmiechający się chłop z różańcem wstaje, żeby objąć się z gośćmi. Nastia bierze od jednej z dziewcząt swego ośmiomiesięcznego synka i prowadzi nas na górę.

– Są tu trzy piętra: gdy żeni się następny syn, nadbudowuje nowe.

Nastia ma swoje piętro z szerokimi panoramicznymi oknami, z których jest widok na góry. Daleko w dole pełznie nitka pociągu.

– To kolej Tel-Aviv – Jerozolima. Za Anglików była tu nawet stacja – objaśnia Szamir.

– A gdzie jest Pani mąż?

– Siedzi w więzieniu, czy Adam Panu nie mówił? Już czwarty raz.

– Za co?

– Chciał mnie zobaczyć. W zasadzie mieszkam w Jerozolimie, ponieważ pracuję jako pielęgniarka w szpitalu dziecięcym. No więc, przychodzi do mnie, a policja go łapie. Przecież Palestyńczycy nie mogą do Izraela, lecz Dżelal dobrze zna miasto – przekrada się. W marcu będzie sąd, mogą dać rok.

– Lecz przecież jesteście małżeństwem?…

– Tak, miejscowy kadi dał nam ślub, lecz Izrael nie uznaje tego. Gdybym była muzułmanką – proszę bardzo. Ale Żydówka nie może wyjść za mąż za muzułmanina. Mówią: przechodź na islam. Lecz szariat nie wymaga tego: dano nam ślub, chociaż jestem prawosławna.

– Nawet gdyby przeszła na islam – mówi Szamir – nic by nie wyszło. Prawo o łączeniu rodzin nie rozciąga się na Palestyńczyków. Gdy żenią się Arabowie palestyńscy i izraelscy, nie pozwala się im mieszkać razem. Prawo to uznało ONZ za rasistowskie, lecz nikogo to nie obchodzi. Sam kiedyś walczyłem o prawo radzieckich Żydów do wyjazdu do Izraela – w celu połączenia się z ciotką, trzecią wodą po kisielu. Wtedy Żydzi całego świata żądali tego od ZSRR. A Palestyńczyk nie tylko nie może się połączyć, nie może nawet odwiedzić swoich dzieci w Izraelu…

– Co Panią skusiło do wyjścia za mąż za Palestyńczyka?

– Normalnie: poznaliśmy się, zakochaliśmy się. On mieszkał w Jerozolimie, wcześniej było można. A przesądów nigdy nie miałam: pracuję w szpitalu, tam Arabów dużo – i lekarzy, i sióstr, i dzieci.

– A jak Panią przyjęła rodzina?

– Dobrze, są to bardzo prości ludzie, ze wsi. Mój ojciec jest spod Archangielska, Pomorzec – oni mi bardzo przypominają moich krewnych. Lubią mnie, chociaż jestem dla nich z innej planety. Nie obchodzi ich, kto ja jestem, Dżelal ożenił się – i dobrze. Ojciec Dżelala za każdym razem jeździ, aby mnie spotkać i przywieźć. I nasze dzieci bardzo lubią. Teraz mieszkają tutaj, a ja cały czas pracuję.

– A Dżelal, co robi, gdy nie siedzi?

– On i za stolarza, i za budowlańca, i ciężarówkę prowadzi, no i wszyscy oni chłopi. I jego ojciec, i bracia – wszyscy mają jakiś fach, wszystko umieją, co chcesz naprawią. Wcześniej pracowali w Jerozolimie i teraz się przekradają, ale przecież każdego dnia mogą ich posadzić.

– Nie myślą, że z Pani powodu mają problemy, syn siedzi w więzieniu?

– Oni tak nie myślą, lecz ja sama się przejmuję. Żydówka żona, na zło przysądzona.

Schodzimy w dół, teść Nastii delikatnie bierze na ręce maleńkiego Adama, odprowadza nas do samochodu. Naturalne ludzkie związki dziwnie wyglądają w świecie podzielonym na swoich i wrogów. Jedziemy do miejscowego źródła, które Szamir chce nam pokazać.

– Tak, mili ludzie – mówię Nastii w samochodzie.

– Ogólnie, nie jest to całkiem zwykła rodzina. I wolności wśród nich więcej, i imiona dziwne dają – Aid, Ind, Lara, Jara. Nie arabskie, sami wymyślają. I jeszcze mięsa nie jedzą, nawet na Kurban Bairam nie zarzynają barana. Kobiety czasami jedzą, a mężczyźni – nigdy. Ilekroć pytałam dlaczego – tylko się uśmiechali.

– Może oni nie są muzułmanami?

– Ależ nie, są muzułmanami. Jest to w ogóle szanowana rodzina, dziadek Dżemala był sołtysem.

– W ogóle, jeśli sprawę rozpatrywać po ludzku – mówi Szamir – Nastia zrobiła doskonały wybór: dobry chłopak, dobra rodzina, robotni ludzie, dom za miastem. Jedynie „piąty punkt”… Dlatego właśnie walczę o stworzenie jednolitego państwa, żeby wszyscy byli obywatelami – i Żydzi, i Palestyńczycy.

– Lecz wtedy Izrael przestanie być państwem żydowskim…

– No i co w tym strasznego? Nie będzie Izrael państwem żydowskim, a będzie normalnym, zwykłym – i dobrze. Przestanie w końcu wojować z sąsiadami. Idea państwa narodowego jest przestarzała, z wieku dziewiętnastego, prawie nigdzie takiego nie ma.

– Lecz wydaje się, że Palestyńczycy chcą mieć własne państwo?

– Tak, Palestyńczycy żądają go z rozpaczy, im nie jest potrzebna niepodległość, a możliwość życia na swojej ziemi normalnie. No i przecież nie ma żadnego państwa palestyńskiego, to wszystko żart, literatura. Izrael nie daje Palestynie niepodległości, de facto jest to przecież jeden kraj.

Święte miejsca

Źródło okazuje się niepozornym strumykiem, biegnącym z kamiennego domku.

– Są tutaj z niego bardzo dumni, pielęgnują je. Wieś składa się z siedmiu rodzin, razem do pięciuset ludzi – nawadniają po kolei, raz na tydzień. Mają wspaniałe bakłażany…

Źródło nie wywołuje wielkiego wrażenia, lecz Szamir cały rozpływa się w uśmiechu, pokazuje je z dumą, jak gdybyśmy w końcu zobaczyli coś naprawdę wspaniałego. W jego „Sośnie i oliwce”, najlepszym przewodniku po Palestynie, prawie połowa książki poświęcona jest dokładnemu opisowi źródeł, jak gdyby były to jakieś cuda świata.

– Tak, to prawdziwe cudo. Po pierwsze, zostało ich mało, ponieważ Izraelczycy wypompowali całą wodę. Lecz wam w ogóle trudno to zrozumieć. W Europie każda rzeczka jest większa niż tutaj wszystkie razem wzięte; wykopiesz dołek – i jest woda. A u nas cała historia, wiara – wszystko związane jest ze źródłami. Nie można do nich tak po prostu podjechać samochodem. Trzeba długo się wlec, aby oczy zmęczyły się od tych wszystkich gór, monotonii, słońca, trzeba się dobrze napocić – i wtedy ucieszy cię źródło, cień oliwki, drzewa figowego. Estetyka Palestyny podobna jest do Japonii – skąpa ziemia, góry, rzadko małe źródełko w cieniu. Lakoniczna przyroda, nic z Rubensa, nic obfitego. Droga do źródła, przygotowanie – są ważniejsze niż samo źródło.

– Mówią, że objechał Pan Palestynę na ośle?

– Tak, pojechałem do Hebronu, kupiłem na bazarze szarą oślicę Lindę i robiłem wycieczki do okolicznych wsi. Osioł jest zwierzęciem genialnym, dla koni ścieżki są tutaj zbyt strome. Jechałem od źródła do źródła, poiłem Lindę, piłem sam – wszędzie inaczej smakuje. Potem zajeżdżałem do wsi, rozmawiałem z ludźmi o pogodzie i urodzaju. Jeśli człowiek jedzie na ośle – od razu widać, że to nie bandyta. Dobrze także podróżować z dziećmi. Obcych tu na lekarstwo – obowiązkowo zaproszą na filiżankę kawy, coś opowiedzą. Pytałem o historię, o święte miejsca. Teraz pojedziemy do Yassouf, pokażę wam wali, święte miejsce.

Do Yassouf cztery godziny jazdy, lecz nam zajmuje to wieczność: dziesięć punktów kontrolnych, na każdym sprawdzanie dokumentów. W końcu pół mili od wioski natykamy się na nasyp, dalej jechać nie można, tylko na piechotę.

– Oficjalnie – w celu zapewnienia bezpieczeństwa dróg, po których jeżdżą żydowscy osadnicy, żeby nie jeździli po nich Palestyńczycy. A w ogóle, to dla uprzykrzenia życia.

Po obu stronach drogi – spalone, wyrwane z korzeniami oliwki.

– Osadnicy wyrąbują zagajniki. Dwa lata temu razem z palestyńskimi przyjaciółmi zbieraliśmy tutaj oliwki – napadli na nas osadnicy z automatami, bronił ich samochód pełen żołnierzy. Straszyli nas, krzyczeli, rzucali kamieniami, a żołnierze tylko obserwowali. Trzeba było zrezygnować, dużo ludzi tak zastrzelili. Starają się nie wpuszczać chłopów na pola. Jeśli pięć lat pola nie uprawiasz, ziemię przejmuje państwo i oddaje ją osadnikom. Teraz tutaj ludzie nie mają pracy, a ziemię prawie wszystką im odebrano.

Na skraju wioski jest strome wzgórze. Tysiąclecia chłopskich wysiłków uformowały schody tarasów. Naprzeciw spotykamy podśpiewującego młodego chłopaka z witką i osłem. Wesoło pozdrawia nas i biegnie dalej w dół po zboczu.

– Kiedy zacząłem jeździć stopniowo zrozumiałem, że ich życie dostosowało się do tej ziemi. Inaczej tutaj żyć nie można, i nie trzeba. Palestyńczycy hodują owce. Owce są zwierzętami szlachetnymi, nie można ich zagonić do klatek i karmić z taśmy – zdechną, trzeba je paść w górach. Palestyńczycy uprawiają oliwki, które też wymagają dużo ręcznej pracy, maszynowo nie można ich uprawiać. I ludzie mają zajęcie, żyją, jak biblijni patriarchowie. Z kapitalistycznego punktu widzenia nie jest to dochodowe. Chwała Bogu, że nie dają im kredytów, gdyż na pewno także zajęliby się kurami i wołowiną, zbudowaliby fermy przemysłowe, w których męczy się bydło, wzięliby maszyny i wszystkich zwolnili. Oto największy izraelski mit: Palestyna leżała odłogiem, a my przyszliśmy i wszystko ożyło. Lecz Palestyńczycy uważają, że i dawniej miała się dobrze.

Na płaskim wierzchołku – zarośla granatów, wśród nich mały kwadratowy budynek z białą kopułą. Jest to wali, święte miejsce. Wewnątrz domku pusto, w kamiennej niszy leżą świeczki.

– Czy to stare?

– Ma pięćset lat, lecz kamienie są starsze, wyciosano je około cztery tysiące lat temu. Miejscowi mieszkańcy uważają, że jest to grobowiec świętego, szejka Abu Zarada. Lecz oni sami nie bardzo wiedzą, kim był Abu Zarad. Dlatego, że nie jest to ważne. Kiedyś czcili tutaj Baala i Astarte, potem zaczęli czcić patriarchów biblijnych, następnie świętych chrześcijańskich, a teraz muzułmańskich. Imiona na mogile zmieniają się, lecz nie warto ich brać poważnie, świętość nie pochodzi z mogił. Jest pierwotna, starożytna. Uzasadnienia się zmieniają, lecz w rzeczywistości źródłem świętości jest ukształtowanie terenu, miejsce, gdzie ludzie czują bliskość Boga.

Ludzie w tych wioskach mieszkają od tysięcy lat i chodzą na tę górę, by się pomodlić. Kobiety proszą o narzeczonego, żeby mąż kochał, żeby poród był lekki, dzieci zdrowe. Mężczyźni – o urodzaj. Wszyscy proszą o łaskę. Oficjalne religie zastępują jedna drugą, lecz ludzie pozostają tacy sami. Takie właśnie wali podoba mi się bardziej niż wszystkie znane grobowce. Tamte miejsca można tylko zaliczać, ale żeby zrozumieć duchowe poszukiwania proroków, trzeba postawić się w ich sytuacji – znaleźć się właśnie tutaj, w tym nieznanym miejscu. Po prostu tutaj, jakby to powiedzieć, dusza otwiera się.

Lecz wkrótce zbudują tutaj wieżę dla telefonii komórkowej. Skończy się wzniosła samotność szejka, jak i całej pastoralnej Palestyny.

Żydzi i Arabowie

– Czy to Pan pierwszy wypowiedział buntowniczą myśl, że Palestyńczycy są potomkami starożytnych Żydów?

– Oczywiście, że nie, nie byłem pierwszy. Przedizraelscy historycy Palestyny także dobrze o tym wiedzieli. I teraz na Zachodzie dla wszystkich jest to jasne. Jest to czysto izraelski mit: Żydów wypędzili Rzymianie, a koczownicy arabscy „pojawili się” tu w siódmym wieku. Lecz poważni uczeni wszystko wiedzą: większość ludności nigdzie nie wyjeżdżała. Przecież są wykopaliska archeologiczne, które wyraźnie świadczą, że wioska nie była burzona przez trzy tysiące lat. Pojedźcie do Aboud, El-Gib, popatrzcie na stare domy, kościoły – zobaczycie, że mieszkańcy nie spadli z Księżyca. Ludzie migrują bardzo mało, migrują idee, języki.

Zaraz po Chrystusie większość Żydów przyjęła chrześcijaństwo – nie uważano tego za przyjęcie jakiejś innej religii. „Czysty” judaizm zachował się tylko w środowisku uczonych, duchownych, przede wszystkim w diasporze. W tych społecznościach, podobnie jak wśród chrześcijan, bardzo rozwinęła się twórczość religijna, powstały Miszna i Talmud, tradycja pogłębionego studiowania prawa, mądrości gnostycznej. Z drugiej strony, zmieniono wiele rzeczy – ofiarę paschalną, obrzędy świątynne, kapłaństwo. W ten sposób narodził się współczesny judaizm. Tak właśnie uważali nasi uczeni pradziadowie w miasteczkach. Dla nich wiara judaizmu zaczęła się nie od Mojżesza, a właśnie od mędrców, od Miszny i Talmudu. Dla nich Biblia także była Starym Testamentem, prehistorią, materiałem dla rozmyślań. Postacie biblijne wspominano tylko wtedy, gdy mówił o nich rabin Chanin lub rabin Assi.

Reasumując, współczesny judaizm jest taką samą kontynuacją religii biblijnej, jak chrześcijaństwo. Nie ma do tej tradycji żadnych specjalnych praw. Nazwy są mylące. Prawosławie także jest bliższe judaizmowi biblijnemu niż współczesny judaizm. Cerkiew prawosławna budowana jest na podobieństwo Świątyni Jerozolimskiej, jest tam sanktuarium, dokąd wchodzi jedynie kapłan, liturgia także jest bardziej podobna… Palestyńscy chrześcijanie arabscy są takimi samymi dziedzicami starożytnych Żydów jak Izraelczycy, są nawet bardziej autentyczni, ponieważ nigdzie nie wyjeżdżali.

– Ale teraz tutaj większość jest muzułmańska.

– Przecież i islam nie był czymś obcym. Dlaczego po arabskim podboju większość tak łatwo przyjęła islam? Dobrze to objaśnił Toynbee: Bliski Wschód był peryferią świata grecko-rzymskiego. Arabowie z powrotem wrócili Palestynę żywiołowi semickiemu, po stuleciach hellenizacji. Islam był przyjmowany jako powrót do starożytnej religii semickiej, kalifat był kontynuacją królestwa Salomona. Arabski jest podobny do aramejskiego, więc arabizacja nastąpiła łatwo.

W historii Ziemi Świętej ludzie często musieli wybierać: ziemia lub wiara. Kapłani zwykle wybierali wiarę, chłopi – ziemię. Lecz w dalszym ciągu wielbili tych samych świętych, od Adama do Jezusa, modlili się na tych samych grobowcach, uprawiali te same oliwki, doglądali tych samych źródeł.

Żydzi i Palestyńczycy to dwie gałęzie jednego narodu, bracia. A my walczymy, swoi swoich nie poznali. Jeśli powrót ma jakiś sens, to tylko właśnie jako połączenie się w jeden naród, aby wyleczyć się ze schizofrenii…

– Przetłumaczył Pan na rosyjski Agnona, głównego ideologa powrotu do Ziemi Świętej. On wciąż pisał, że Palestyna i Żydzi pasują do siebie…

– Dla Agnona powrót do Ziemi Świętej był procesem duchowym, zrozumieniem samego siebie. Czy zna Pan rabina Nachmana z Bracławia? Był taki chasydzki święty, długo wybierał się do Palestyny, sprzedał wszystko, przypłynął, pobył jeden dzień – i odpłynął z powrotem. Wystarczyło mu. Dlatego Żydzi religijni nie lubili syjonistów. Ponieważ nastąpiła zamiana. Mój pradziadek przyjechał tutaj i spokojnie mieszkał, nikt do niego nic nie miał, z Palestyńczykami się nie kłócił. A syjoniści kochają tę ziemię, lecz miłością nekrofilów. Są gotowi ją zabić, aby tylko ją posiąść. Według mnie, sens powrotu na Ziemię Świętą – to powrót do korzeni, harmonizacja. Przecież Agnon opiewał prawdziwą Palestynę, z pastuchami i owieczkami.

– Przetłumaczył Pan także „Ulissesa” Joyce’a i dokonał nowego rosyjskiego tłumaczenia „Odysei”. Dlaczego nie wystarczyło Panu stare tłumaczenie Żukowskiego?

– Przekład Żukowskiego jest piękny, lecz wszystkie tłumaczenia, w odróżnieniu od oryginałów, starzeją się. Przecież nie można odczytywać Homera tak samo, jak dwieście lat temu. Wtedy była całkiem inna świadomość – niech Pan sobie przypomni, co wtedy noszono. Tym bardziej nie możemy czytać go tak samo po Joyce’ie. Przetłumaczyłem Homera wykorzystując angielskie tłumaczenie Thomasa Lawrence’a, zwanego Lawrence’m z Arabii. Widział on Odyseję całkowicie inaczej – bezpośrednio, brutalnie. Lawrence był archeologiem, rozkopywał miasta z tej epoki, miał w rękach tamtą broń, sprzęty, studiował domy, nanosił na mapy stare miasta. Lecz z drugiej strony, był awanturnikiem i żołnierzem – mieszkał wśród Beduinów wiodąc koczownicze życie, polował na dziki, pływał pod żaglami, strzelał z łuków, tkał tkaniny, budował łódki, zabijał ludzi w walce. Życie Odyseusza było dla niego bardziej zrozumiałe, przełożył Odyseję na nasz język, bez heksametru i ciągłych epitetów…

Zjeżdżamy do Izraela, przybliżamy się do blokady.

– W razie czego – jeździliśmy do osady żydowskiej, w przeciwnym wypadku pięć tysięcy dolarów kary.

– Dlaczego znowu zaczęła się wojna?

– No, Izrael śpieszy się wypić swoją czaszę krwi przed zamknięciem interesu – dopóki nie nastał Obama. Kto wie, co będzie za następnym razem. Lecz wojna ta nie ma w sobie nic niezwykłego: Izrael bombarduje Gazę już nie wiem od ilu lat. Jest to unikalny eksperyment: do czego można doprowadzić pokojowy chłopski lud, jeśli zamknąć go w obozie koncentracyjnym i dziesiątki lat męczyć. Czy wiecie, co to jest Gaza? To GUŁAG. Gęstość zaludnienia jest tam dziesięć razy większa niż w Izraelu, półtora miliona ludzi na maleńkim skrawku ziemi. Walka z nimi – to sama przyjemność: latasz nad obozem i bombardujesz.

– Ale tam są terroryści!

– No tak, gdy Hamas swoimi pukawkami domowej roboty ostrzeliwuje Aszkelon i zabija czworo ludzi – to jest terroryzm. A gdy Izrael bombarduje Gazę i zabija tysiąc, w tym czterysta dzieci, to jest walka z terroryzmem. Na samym początku zbombardowali szkołę policjantów drogowych, którzy mieli uroczystość zakończenia kursu, od razu zabili półtorej setki chłopaków, ogłaszając ich bojowcami…

– Hamas ostrzeliwał spokojne miasta, sam naruszył rozejm.

– Tak samo naruszał Izrael, zbombardował tam tunel. Rozejm jest naruszany cały czas, nie o to chodzi. Niech Pan lepiej zapyta, dlaczego oni strzelają? Czego chcą? Zepchnąć Żydów do morza? Chcą, żeby zlikwidowano blokadę. Sto razy ogłaszali: „Przestańcie nas dusić i nie będziemy strzelać”. Lecz blokadę kontynuowano, aby usunąć Hamas, uważano, że Palestyńczycy pogłodują i się rozmyślą. Przecież to idiotyzm. Oczywiście popularność Hamasu jedynie wzrosła.

– Lecz jeśli zlikwidować blokadę, Hamas zakupi broń.

– A dlaczego Pan się nie boi, że Izrael zakupuje broń? Hamas jest prawowitym rządem Palestyny, powiem więcej: to jedyny demokratycznie wybrany rząd w świecie arabskim.

– Hamas chce zniszczyć Izrael.

– A Izrael chce zniszczyć Hamas. Czy to Pana martwi? Czyż nad Izraelem zawisła groźba zniszczenia? Wie Pan, rozmowy takie sprowadzają się do tego, że Żydzi mają rację, ponieważ są Żydami, a Arabowie jej nie mają, bo są Arabami. Nawet jeśli zabito ich sto razy więcej. Niech Pan zrozumie, że podstawą żydowskiej świadomości jest głęboka wątpliwość co do równości Żyda i nie-Żyda. Życia Żyda i Palestyńczyka zrównywać nie można. Dobry Żyd dobrze odnosi się do zwierząt i gojów, lecz jest granica. Chłop lubi baranka, lecz na święta go zarżnie. Przecież Pana nie będzie męczyło sumienie, jeśli zgoni Pan kota z łóżka. Tak samo spokojnie postępują Żydzi: potrzebne było miejsce – Palestyńczycy musieli odejść, co robić.

Główna przyczyna leży w tym, że Żydzi uważają siebie za ofiarę. Jest to podstawa narodowej samoidentyfikacji. I gdy znaleźli się wśród nowych sąsiadów, od razu odtworzyli zwyczajne dla nich stosunki, przyjmując rolę dręczycieli. Mszczą się całkiem niesłusznie. Lecz ofierze wszystko wolno, bo co nie zrobi – to tylko obrona. Lecz wie Pan, przecież można to w sobie przezwyciężyć, odciąć się od płytkiego egoizmu narodowego. Nazywam to: „zabiciem w sobie Żyda”. Uważam, że każdy powinien to zrobić.

Wiem, że izraelska lewica nie bardzo lubi Szamira. To chuligan, łotr, prowokator, pisze prowokacyjne artykuły. Uwielbia łamać stereotypy, wywnętrzać się, patrzeć na sprawy z innych perspektyw. Nie lubi stać w miejscu. Dlatego przetłumaczył Lawrence’a „z Arabii”, że Szamir sam jest awanturnikiem i hedonistą, jego interesuje życie, walka, podróże, polityka. Jest podobny do Żyda-rewolucjonisty z lat dwudziestych XX wieku, jednego z tych, którzy robili rewolucje, bo to było interesujące.

Władze Izraela bardzo go nie lubią. Dzień po naszej przejażdżce fotoreporter Rosyjskiego reportera, Jurij Kozyriew, poprosił rządowe biuro prasowe o akredytację na sektor Gazy. Dyrektor biura, Dani Siman, odpowiedział, że według ich informacji Kozyriew spotkał się z „wrogiem narodu, Izraelem Szamirem” i żadnej akredytacji w Izraelu nigdy więcej nie otrzyma. W Gazie chcieliśmy porozmawiać z palestyńskimi obrońcami praw obywatelskich, którzy też są krytyczni w stosunku do swojej społeczności. Lecz władze izraelskie pozostawiły Szamira bez oponentów.

Współuczestniczył Jurij Kozyriew

Tłumaczył: Roman Łukasiak

Źródło: israelshamir.net/Polish/Zabic_w_sobie.htm

TrackBack URI

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d bloggers like this: