Wolna Palestyna

06/12/2012

Trzeba wracać do piekła Hebronu

Filed under: Uncategorized — Wolna Palestyna @ 14:56

Za każdym razem, kiedy słyszę palestyńskie dzieci mówiące do mnie z uśmiechem „Welcome to Hebron”, wydaje mi się, że mówią do mnie „Welcome to Hell’. Jak inaczej niż piekłem nazwać miasto, w którego samym środku Palestyńczycy zmuszeni są wchodzić do swoich domów od tyłu przez drabiny, bo ulice, przy których mieszkają, dostępne są tylko dla Żydów? Jak inaczej niż piekłem nazwać miasto, którego medina stała się miastem duchów, bo ponad 1800 arabskich sklepów w samym sercu miasta zostało zamkniętych i zabarykadowanych, żeby zapewnić bezpieczeństwo 400 uzbrojonym po zęby osadnikom? Wreszcie, jak inaczej niż piekłem nazwać miasto, w którym małe dzieci idą do szkoły w cieniu karabinów maszynowych śledzących każdy ich ruch? Hebron jest jak zły sen. Jak powracająca historia, która miała się już nigdy nie zdarzyć.

Podróż z Jerozolimy do Hebronu trwa Insallah time. Trudno dokładnie określić ile, bo najłatwiejszy sposób dostania się tam, to skorzystanie z nielegalnych ‘taksówek’ z okolic Bramy Damasceńskiej. Taksówki te odjeżdżają wtedy, kiedy się zapełnią – za chwilę, za pięć minut, za godzinę. Taksówki te nie są też do końca taksówkami, a raczej prywatnymi samochodami, które, określimy takim terminem – świadczą usługi transportowe. Taksówka izraelska nie może przejechać legalnie przez checkpoint i wjechać do obszaru A pod kontrolą palestyńską, pod którą znajduje się Hebron (z wyjątkiem wspomnianego Starego Miasta). Taksówka palestyńska na zielonych rejestracjach nie może znaleźć się w Jerozolimie, bo Palestyńczycy, nawet jeśli dostaną pozwolenie na bycie w Jerozolimie czy Izraelu, w żadnym wypadku nie mogą przyjechać tutaj własnymi samochodami. Pozostaje więc podróż z panami, którzy w pewnym znanym we Wschodniej Jerozolimie miejscu szepczą Al Khalil, Al Khalil, co oznacza Hebron w języku arabskim. Na takie zawołanie mrugam porozumiewawczo i pan prowadzi mnie do samochodu – czasem jest to mini bus, a czasem prywatny samochód. Pierwszy raz robiłam to z duszą na ramieniu. Kierowca, który wyglądał jak wyjęty z lat 70-tych, zaprowadził mnie do busa. Czas oczekiwania trwał mniej więcej powtórzone sześć razy ‘za 5 minut’.

Polish noł mani

Za drugim razem jak jechałam do Hebronu, czyli dzisiaj, poszło jak po maśle. Trafiłam na samochód osobowy. W środku była już jedna kobieta z całym naręczem zakupów i z kwadratowym aparacikiem, ze srebrnym przyciskiem i maleńkim ekranem. Ekran wskazywał 8734 i liczba ta wzrastała wraz z tym, jak pani naciskała przycisk. Pytam pani, do czego służy to liczydło? Pytam, czy to w sprawie Allaha, i wskazuję na niebo. Pani kiwa głową. Aha – czyli liczydło do liczenia pozdrowień dla Allaha. Tymczasem tuż za mną pojawili się dwaj panowie z wąsami bez liczydeł, za to z gazetą Al Quds – najlepszą gazetą Zachodniego Brzegu i okupowanej Wschodniej Jerozolimy. Wyjechaliśmy z Jerozolimy w mgnieniu oka. Pan taksówkarz włączył arabskie rytmy i sunęliśmy naszą rozwalającą się Toyotą. “Polisz noł mani” – zagadnął do mnie pan kierowca i nieco zdziwiłam się, że pan tak świetnie odgadł, skąd jestem, i jeszcze na dodatek zakłada całkiem słusznie, że nie mam zbyt wielu pieniędzy. Po tym, jak powtórzył to cztery razy, zrozumiałam, że chodzi o ‘Police. No money”, czyli, że jak zatrzyma nas policja, to nie jesteśmy wcale taksówką. I nie jedziemy za pieniądze. Jesteśmy zaprzyjaźnieni z panem, panią modlącą się z tyłu i panami wąsiastymi czytającymi Al Quds. I wspólnie jako grupa znajomych jedziemy na wycieczkę do Hebronu.

Dzisiaj droga do Hebronu jest wyjątkowo piękna – pośród wzgórz pełnych drzew oliwnych, których liście przybrały złocisty jesienny kolor. Droga piękna, nie licząc oczywiście muru, który wyłania się bez przerwy, miejscami udając falochron, przy drodze aż do wjazdu do Hebronu, przy którym widnieje wielka czerwona tablica. ‘Ta droga prowadzi do strefy A znajdującej się pod kontrolą palestyńską. Wjazd dla obywateli Izraela grozi śmiercią i w świetle prawa izraelskiego jest nielegalny’.

Pierwsze wrażenie przy wjeździe do Hebronu jest takie, że to duże i bogate miasto. I bez wątpliwości palestyńskie w sensie politycznej przynależności. Drugie wrażenie to takie, że Hebron – mimo wszystko – jest nadal pełen życia, kłębiącego się nieustannie tłumu, ludzi podążających we wszystkich kierunkach na raz oraz niezmordowanych sprzedawców wykrzykujących ceny wraz z nazwami towaru, który aktualnie sprzedają. Aszara czegoś, talati czegoś, arba arba – znam niektóre cyfry, ale z nazwami warzyw i produktów idzie mi dużo gorzej.

I nagle z tej wrzawy i tego gwaru wchodzę do opustoszałego Starego Miasta. Różnica jest szokująca. Do tej starej mediny, nad którą góruje Meczet Abrahama – miejsce święte i dla Muzułmanów i dla Żydów – prowadzi gąszcz małych uliczek obsianych checkpointami, zasiekami i murem, który oddziela palestyńską część miasta od jego serca – znajdującego się pod całkowitą kontrolą armii izraelskiej. Hebron od 1997 roku na mocy tak zwanego “Protokołu Hebrońskiego” podzielony jest na dwie części. Część H1, w której mieszka 140.000 tysięcy Palestyńczyków, pozostaje pod kontrolą Autonomii Palestyńskiej, choć na pobliskich wzgórzach rozsiane są izraelskie wieże strażnicze monitorujące ruch w mieście. Część H2 zajmująca serce Hebronu znajduje się pod całkowitą kontrolą armii izraelskiej. Na co dzień ten stosunkowo mały obszar patrolowany jest przez 2000 żołnierzy strzegących bezpieczeństwa około 500 radykalnych osadników żydowskich skupionych w trzech osiedlach, paraliżując życie 30.000 tysięcy mieszkających tam Palestyńczyków.

Celem utworzenia H2 było zapewnienie osadnikom ‘wolnej przestrzeni życiowej’, co oznacza, że Palestyńczycy pozostający w środku żyją na ulicach poprzecinanych szlabanami i checkpointami wśród ciągłej obecności armii izraelskiej i są poddani potężnym restrykcjom dotyczącym swobody przemieszczania się. Ci Palestyńczycy, którzy zdobyli się na pozostanie w newralgicznych ulicach Starego Miasta, muszą wychodzić ze swoich domów od tyłu – przez okna po drabinach. Nie mogą wychodzić od frontu, bo ulice, przy których stoją ich domy, dostępne są tylko dla żydowskich osadników. Okna, które wychodzą na główne ulice, są szczelnie zatkane siatkami i klatkami – stanowiąc ochronę przed kamieniami osadników.

Te ulice obszaru H2, po których jeszcze mogą się poruszać Palestyńczycy, podzielone są na dwie części. Środek ulicy, łącznie z ruchem kołowym, zarezerwowany jest ‘wyłącznie dla Żydów’. Palestyńczycy mogą się poruszać jedynie wydzielonym poboczem. I wyłącznie pieszo. Wszystkie produkty w całym obszarze H2 noszone są więc przez nich na rękach – zakupy, butle gazowe, meble.

Ponad 1800 sklepów w okolicach ulicy Shuhada, dawniej centralnej ulicy Hebronu, zostało zamkniętych przez armię w celu zapewnienia ‘bezpieczeństwa’ osadnikom. Mieszkania nad sklepami, na górnych piętach sklepów, pozostają w większości puste. Dziesiątki rodzin palestyńskich zamieszkujących te okolice od pokoleń zostało zmuszonych do opuszczenia swoich domów, inni wyprowadzili się nie mogąc wytrzymać napięcia i przemocy. Na dachach domów zainstalowane są posterunki żołnierzy. Cały obszar jest monitorowany przez setki kamer. Ci, którzy zdobyli się na to, żeby zostać,  żyją w ciągłym napięciu, pod ciągłym nadzorem żołnierzy uzbrojonych po zęby.

Stare Miasto jest więc dziś miastem duchów. Shuhada Street i okoliczne przecznice są więc zupełnie opustoszałe, gdzieniegdzie otwarte sklepy sterczą jak smutne ślady po dawnym życiu. Poprzecinane szlabanami i murem, i posterunkami żołnierzy, żeby kontrolować każdy ruch Palestyńczyków.

Wszystko to wygląda jedna wielka surrealistyczna gra komputerowa – gdzie sceneria jest równie ‘wyczyszczona’, teren patrolują setki uzbrojonych żołnierzy, a w zaułkach grasują terroryści. Kiedy byłam w Hebronie po raz pierwszy, żołnierze mieli manewry wojskowe. Setki żołnierzy biegających z karabinami po mieście duchów, wozy opancerzone, karetki, a w środku, w zaułkach, życie próbujące się toczyć normalnie.

Ale dzisiaj jest spokojniej.

Dwa obrazki z Hebronu

Shuhada Street.

Siedzę na schodach jednego z zamkniętych sklepów przy Shuhada street. Czuję na sobie spojrzenia żołnierzy poprawiających spodnie i swoje M16. Mnie obserwują inaczej. We mnie widzą kobietę. Być może nawet człowieka. Słońce praży. Patrzę gdzie indziej.

“Palestyńczycy chodzą szeptem” – zapisuję w notesie siedząc na opustoszałej Shuhada street.

Powybijane szyby, dziury w oknach sprawiają, że ta cisza Shuhady wzbudza niepokój. Jedynie osadnicy z nieodłącznym M16 na ramieniu przemykając swoimi suvami przez opustoszałe ulice mediny przerywają tę ciszę, ale nawet oni nie są w stanie jej zabić.

“Kroki osadników krzyczą” – zapisałam poniżej.

Mniej więcej w połowie ulicy Shuhada znajdują się schody prowadzące do jedynej otwartej palestyńskiej szkoły w H2, Szkoły Cordoba. Dzieci uczące się w niej muszą codziennie wejść na Shuhadę przez checkpoint 56 albo, jeśli mieszkają w domach położonych w okolicy Tel Rumeida, muszą przejść obok checkpointu. W każdym razie, na ich drodze do i ze szkoły mijają przynajmniej dwa posterunki żołnierzy. Na checkpoincie 56 zdarza się, że żołnierze przeszukują ich plecaki. Więc różowy plecak z myszką miki zostaje otwarty, z plecaka wypadają zeszyty, kredki, drugie śniadanie. Nie, ta sześciolatka nie niesie dziś bomby do szkoły.

Następnie dzieci muszą przejść przez opustoszałą Shuhadę i skręcić w prawo na schody prowadzące bezpośrednio do szkoły. Na wysokości schodów kończy się obszar Shuhady dostępny dla Palestyńczyków. I odwrotnie, wychodząc ze szkoły znajdującej się powyżej ulicy, dzieci muszą zejść po schodach i skręcić w lewo. Pod żadnym pozorem nie mogą skręcić w prawo, bo w najlepszym wypadku zostaną zatrzymane przez żołnierzy, a w najgorszym przez kamienie osadników. Takie ataki zdarzały się w przeszłości nagminnie. Odkąd EAPPI i CPT monitorują to miejsce, ataki zdarzają się rzadziej.

W sytuacji, kiedy osadnicy atakują Palestyńczyków, w tym dzieci palestyńskie, żołnierze nie reagują, bo ich mandat nie służy ratowaniu Palestyńczyków, tylko ochronie osadników. Nawet jeśli chcieliby stanąć w obronie Palestyńczyków, albo po prostu – w obronie atakowanych ludzi – nie mogą tego zrobić legalnie w okupowanym Hebronie.

Hebron więc łamał i łamie sumienia izraelskich żołnierzy. Relacje żołnierzy, którzy służyli w jednostkach w Hebronie, można znaleźć w reportażach Breaking the Silence, organizacji byłych żołnierzy izraelskich, którzy zdecydowali się przerwać zmowę milczenia i opowiedzieć, jak wygląda codzienność armii izraelskiej na Zachodnim Brzegu, gdzie obecność żołnierzy służy głównie obronie osadników.

Stoję więc na Shuhada Street w miejscu, gdzie schody wchodzą na ulicę. Dwie dziewczynki, które nie zdążyły wyjść ze szkoły z pozostałymi dziećmi, stoją na schodach struchlałe. Ich twarze są pomalowane kredkami, a w ręku trzymają nienadmuchane balony. Boją się zejść na Shuhada Street, bo na dole, tuż za mną, stoją aż trzej żołnierze. Stoimy tak chwilkę w bezruchu. Wreszcie biorę je za ręce i odprowadzam wzdłuż Shuhady aż checkpointu. Na środku ulicy postanowiły nadmuchać balony. Ich śmiech przerywa struchlałą ciszę Shuhada Street.

Tydzień temu w czasie operacji w Gazie właśnie w okolicach tego checkpointu miały miejsce demonstracje każdorazowo brutalnie tłumione przez wojsko. Wielu Palestyńczyków, również tych zamieszkujących nieliczne zamieszkałe domy na Shuhada Street, i jedynie podejrzanych o udział w demonstracjach, zostało aresztowanych. Jak donosiły naoczne relacje naszego zespołu w Hebronie, na wszystkich dachach Shuhady stali uzbrojeni żołnierze, wiele osób zostało rannych w zamieszkach, codziennie w powietrzu unosił się zapach gazu łzawiącego. Będąc tu tydzień później widzę tylko ślady tego, co zdarzyło się wcześniej – kamienie na ulicach, gdzieniegdzie kanistry po gazie.

Ile z tych wydarzeń widziały te 7 letnie dziewczynki? Mam nadzieję, że niewiele. Mam nadzieję, że to nie ich starsi bracia byli aresztowani.

Tel Rumeida

Tel Rumeida jest okolicą położoną powyżej Shuhady na wzgórzach. Na samym szczycie wzgórza znajduje się piękny gaj oliwny, do którego mam ochotę pójść i gdzie mam nadzieję zobaczyć mojego znajomego Idrisa, który podczas mojej pierwszej wizyty w Hebronie mocno skomplikował moje myślenie o Hebronie. Ale dziś nie mogę tam pójść. Wchodzę na szczyt góry… i zatrzymuje mnie żołnierz mówiący, że dalej pójść nie mogę. Jak to nie mogę? Trzy tygodnie temu mogłam? Ale dzisiaj nie możesz. – Ok, rozumiem, ale proszę podaj mi powód? – Nie możesz i już – żołnierz jest coraz bardziej zirytowany i dotyka swojej broni wzmacniając tym samym swój autorytet. Staram się mówić jak najbardziej łagodnym tonem. Rozumiem, co do mnie mówisz, nie pójdę dalej tylko proszę o to, żebyś mi wytłumaczył dlaczego, i najlepiej pokazał na piśmie informację o tym, że nie mogę iść dalej. Wzrusza ramionami i mówi, że taki ma rozkaz. To jest teraz strefa wojskowa. Aha, czyli gaje oliwne mojego znajomego stały się dzisiaj izraelską strefą militarną. Próbuję jeszcze zmusić go do pokazania mi rozkazu, ale już wiem, że nic nie wskóram. Dziś nie zobaczę Idrisa, pozostają mi więc notatki z październikowej wizyty:

“Pod koniec dnia przedziwna wizyta stawiająca wszystko do góry nogami. Szłyśmy z Maraisą i Anne do dzielnicy powyżej Shuhada Street – Tel Rumeida. To idylliczna dzielnica położona na wzgórzach, gdzie wszystko byłoby właściwie w porządku, gdyby nie wojskowe wieże i posterunki na domach Palestyńczyków, niekończące się szeregi kamer i żołnierzy. Żołnierzy trochę strofujących, a trochę bawiących się z okolicznymi dzieciakami. Idziemy tam, bo w nocy osadnicy chcieli wyciąć drzewa oliwne, a następnie ukraść zbiory oliwek. Na szczęście Palestyńczycy mieli wystarczająco dużo odwagi, żeby stanąć w swojej obronie.

Szłyśmy przez gaje oliwne aż wreszcie, trochę dla mnie niespodziewanie, dotarłyśmy do centrum kultury, które nazywa się “Hebron Youth Against The Occupuation’ – “Młodzież Hebronu Przeciwko Okupacji”. To dom, który pomimo wielu prób wyrzucenia stamtąd Palestyńczyków, pozostał przestrzenią, do której młodzi Palestyńczycy przychodzą na różne zajęcia. Albo po prostu przychodzą.

Kiedy wschodzę po bocznych schodkach do Centrum Kultury prowadzących na taras, widzę niespodziewanie nastoletnią dziewczynę w chuście wymieniającą spojrzenia z żołnierzem stojącym po drugiej stronie płotu. Jak weszłam, była strasznie zmieszana, czułam, że przerwałam jakąś zakazaną, zabronioną wymianę. Nie można przecież flirtować z izraelskimi żołnierzami. Nie można przecież flirtować z muzułmańskim nastolatkami. To relacja, która nie może się zdarzyć. Chce ją uściskać. Chcę jej podziękować za to, że pokazała mi, że nawet w tym piekle mogą się zdarzyć ludzkie sytuacje. Uśmiecham się udając, że nic nie zobaczyłam. Wychodzę.

Idris, do którego po chwili wróciłam, okazał się właścicielem dużej części gaju oliwnego i jednym z tych dzielnych ludzi, którzy ochronili oliwki przed nocnym atakiem osadników. Poprowadził nas w dół zbacza w stronę swojego domu, żeby pokazać oliwki, które były atakowane. Po drodze nieoczekiwanie zobaczyliśmy grupę żołnierzy siedzących pod drzewem oliwnym. Siedzieli pod drzewem w świetle zachodzącego słońca i umierali. Z nudów. Idris ich przywitał płynnym hebrajskim, a oni zaczęli do nas wołać – ‘zróbcie nam zdjęcie’. I nie miałyśmy wyboru. Kilku z nich zaczęło nas nagabywać, skąd jesteśmy, i co tu robimy. Idris nieoczekiwanie wskoczył pod oliwkę w sam środek żołnierzy i kazał sobie z nimi zrobić zdjęcie. Byłyśmy w szoku.

Schodziliśmy dalej w dół. Chciałam wykrzyczeć z pretensją, jakim cudem ta sytuacja mogła się wydarzyć? Jak to możliwe, że tak spouchwalasz się z żołnierzami izraelskimi? Po tym wszystkim, jakie piekło na ziemi Wam tu urządzili? ‘Oni mnie nie dotykają, bo wiedzą, że jestem wariatem, wiedzą, że jestem silny, że się nie boję, że się stąd nie ruszę’.

Jedynie szef brygady nie dołączył, a później jak odeszłyśmy, chciał uderzyć Idrisa.

Idris zaprosił nas do swojego domu, a raczej do szeregu domów złączonych ze sobą. Idris musi być zamożnym człowiekiem – ma piękną willę na wzgórzu z oknami wychodzącymi wprost na Shuhada Street w bardzo newralgicznym punkcie – tuż przy Szkole Cordoby.

Szokujące wydawało się to jego błogie życie w cieniu okrucieństw dziejących się poniżej. A jednocześnie ten spacer po Tel Rumeida w jakiś zupełnie nieoczekiwany sposób pokazał, że życie, pomimo wszystko, toczy się tu dalej. Pomyślałam sobie, że te relacje są jeszcze bardziej skomplikowane niż mi się wydaje, że między dwoma obozami – opresorów i tych poddanych opresji musi istnieć cała sfera wzajemnych codziennych relacji. Codziennych okrucieństw i codziennych gestów normalności.

Ale tu i teraz Idris wydawał się człowiekiem, który może więcej, niż ci skuleni Palestyńczycy na checkpoincie 56. Jasne, może więcej, bo jest zamożnym mężczyzną, znaną postacią w okolicy, mówi po hebrajsku – żołnierze potrzebują jakiejś formuły relacji z lokalną ludnością. Ale jednocześnie było w tym coś więcej. On się ich po prostu nie bał. W mieście, gdzie Palestyńczycy sprowadzeni są do kategorii podludzi, on rozmawiał z żołnierzami jak równy z równym.

Ale jednocześnie, kiedy odprowadzał mnie po schodkach, skręcił w lewo – wiedział, że jako Palestyńczyk nie może skręcić w prawo. W pewnym momencie powiedział mi: ‘Wiesz, ja już nie chcę pokoju. Nie takiego. Chcę wolności’.

No tak, to, co dzieje się w Hebronie, z perspektywy Izraela może być swobodnie nazwane ‘zimnym pokojem’. W końcu nie giną obywatele izraelscy. A Izraelczycy z Tel Awiwu mogą w wygodny sposób ‘nie wiedzieć’, co się dzieje w tym więzieniu. Taki pokój, z perspektywy Palestyńczyków, jest najgorszym z możliwych koszmarów.

Powiedziałam, że powinien zostać prezydentem”

Tyle z moich notatek wtedy.

Dziś nie udało mi się zobaczyć Idrisa, bo okolice jego domu stały się ‘strefą militarną’. Wiem od moich znajomych z Hebronu, że miał wiele nieprzyjemności podczas operacji w Gazie. Mam nadzieję, że doczeka się wolności. Ale sama w to coraz mniej wierzę.

Ale jest coś jeszcze. I ten obrazek zabieram ze sobą z Hebronu.

Za każdym razem, kiedy słyszę śmiech dzieci na opustoszałych ulicach mediny, kiedy słyszę śpiew muezinów wzywających do modlitwy i widzę sprzedawców w nielicznych niezamkniętych sklepach i przemykające kobiety z naręczami zakupów, to jednak oddycham z ulgą. Oddycham z ulgą widząc kiełkujące życie. Życie, które toczy się mimo wszystko w tych szczelinach nie zabranych im jeszcze przez okupację. W tych niemożliwych okolicznościach.

Trzeba wracać do Hebronu. Trzeba wracać do tego piekła, żeby tracić wiarę w człowieka i … odzyskiwać wiarę w człowieka. Tracić… i odzyskiwać…

Dominika Blachnicka-Ciacek
dombook.blogspot.co.uk

TrackBack URI

Blog na WordPress.com.

%d bloggers like this: