Wolna Palestyna

20/11/2010

Michel Warschawski: Słaba kondycja izraelskiego ruchu pokojowego

Filed under: Uncategorized — Wolna Palestyna @ 00:47

9 czerwca 2007 roku cztery tysiące manifestantów, w więk­szości Żydów, przeszło ulicami Tel Awiwu, skandując hasła „Czterdzieści lat wystarczy!” Manifestacja była momentem kulminacyjnym ogólnokrajowej kampanii przeciwko okupa­cji Zachodniego Brzegu i Strefy Gazy. Zorganizowała ją ko­alicja, w skład której weszło około trzydziestu stowarzyszeń, a media rozpisywały się o zaangażowaniu… i dobrym nastro­ju demonstrantów.

Czy jednak ten dobry nastrój był uzasadniony? O ile bo­wiem podczas manifestacji stanęli ramię w ramie działacze tak różnych organizacji jak szacowny Pokój Teraz, syjonistyczna partia Meretz oraz ugrupowania radykalnej lewicy, wśród których była nacjonalistyczna arabska partia Balad oraz Anarchiści Przeciwko Murowi, o tyle liczba demonstrantów nie przekroczyła 4 tysięcy, czyli zwykłej liczby uczestników inicjatyw organizowanych przez radykalną lewicę.

Uri Avnery, weteran radykalnego skrzydła ruchu sprzeciwu wobec okupacji, często przedstawia izraelską opozycję jako mechanizm złożony z dwóch kół zębatych, dużego i małe­go. Duże koło stanowią główne nurty opozycyjne zbliżone do establishmentu Partii Pracy, jednak krytyczne wobec jej polityki. Największym ugrupowaniem tworzącym „duże koło” jest Pokój Teraz, który w czasie wojny w Libanie (1982-1984) oraz podczas intifady (1987-1991) organizował manifestacje gromadzące nawet 150 tysięcy osób. Małe koło tworzą bardziej radykalne i zdeterminowane organizacje, które walczą z okupacją dla zasady i niezależnie od tego, jaki wpływ ich działania będą miały na decyzje polityczne i opinię publicz­ną. Składają się nań ruchy takie jak Koalicja Kobiet na Rzecz Sprawiedliwego Pokoju, Kobiety w Czerni, Machsom Watch, stowarzyszenia rezerwistów sprzeciwiających się okupacji (Yesz Gwul, Bojownicy na Rzecz Pokoju, itp.), Gusz Szalom, Anarchiści Przeciwko Murowi, ruch Taajusz, partie polityczne (o arabskiej większości) jak Izraelska Partia Komunistyczna, czy Narodowo-Demokratyczne Zgromadzenie Balad, organizacje pozarządowe takie jak Centrum Informacji Alternatywnej czy Zochrot. Ruchy te, które w najlepszym momencie były w sta­nie zebrać na organizowanych przez siebie protestach ponad 10 tysięcy demonstrantów, nie przestały nigdy prowadzić walki na rzecz zakończenia okupacji i kolonizacji, i charakteryzują się raczej hiperaktywnością.

W latach 1982-1991 „małe koło” pełniło rolę siły napędowej, która była w stanie wprawić w ruch „duże koło” i sprawić, że tworzący je aktywiści pod bardziej umiarkowanymi hasłami podejmowali walkę przeciwko polityce wojny i okupacji. Jednak od sierpnia 2000 roku struktura ruchu pokojowego uległa diametralnej zmianie: w ciągu kilku dni „duże koło” znikło jak śnieg na wiosnę, a bardziej radykalne organizacje pozostały osamotnione w działaniach przeciwko okupacji, a sześć lat później – przeciwko wojnie w Libanie.

U podstaw tych zmian leżały wypowiedzi Ehuda Baraka, najgorszego z premierów, jakich miało Państwo Izrael po za­kończonej fiaskiem konferencji w Camp David w lipcu 2000 roku. Do legendy przeszły „hojne propozycje” które odrzucił Jasir Arafat i które – według późniejszych słów samego Ehuda Baraka – nigdy nie istniały. Jednak istota kłamstw Baraka spoczywała gdzie indziej: podczas rozmów w Camp David miał jakoby odkryć prawdziwy plan przywódcy OWP, który w rzeczywistości nie pragnął wcale terytorialnego kompro­misu z Państwem Izrael, lecz – uśpiwszy czujność izraelskich przywódców – chciał… zepchnąć Żydów do morza.

Izraelski ruch na rzecz pokoju, a zwłaszcza jego największa organizacja Pokój Teraz, dały się złapać w pułapkę i uwie­rzyły w oczywiste kłamstwa tego, którego rok wcześniej poparły w wyścigu do władzy. Przywódcy ruchu Pokój Teraz i syjonistycznej lewicy bili się w piersi i przepraszali za swoją naiwność, zaklinając się jednocześnie, że już nigdy nie uwierzą w słowa żadnego palestyńskiego przywódcy. W ten sposób rok 2000 wyznaczył kres izraelskiego ruchu pokojowego, a przy­najmniej jego największej frakcji, jaką był Pokój Teraz. W tej sytuacji przez cały okres trwania tak zwanej „drugiej intifady” jedynie najbardziej radykalne ugrupowania walczące przeciw­ko okupacji głośno wyrażały potępienie dla zorganizowanych zabójstw i systematycznego niszczenia instytucji Autonomii Palestyńskiej.

Druga wojna libańska rozpoczęła się – jak wszystkie wojny prowadzone przez Izrael – przy ogromnym poparciu większo­ści społeczeństwa. Hezbollah ośmielił się przecież zaatakować państwo żydowskie, które – jako przedmurze cywilizacji judeochrześcijańskiej w zachodniej Azji – powinno stawić czoło tej niebezpiecznej fundamentalistycznej organizacji islamskiej. Organizacja Pokój Teraz oraz partia Meretz (a właściwie więk­szość jej kierownictwa, istniała bowiem również przeciwna wojnie mniejszość) opowiedziały się za izraelską inwazją. Z tej ogólnonarodowej jednomyślności wyłamywało się zaledwie kilka tysięcy osób (od 4 do 6), które sprzeciwiały się wojnie i były przekonane, że porwanie dwóch żołnierzy posłużyło jedynie za pretekst do izraelskiej agresji, której plany przygo­towane były od dawna.

Dopiero zawód, jaki sprawiła izraelska armia, skłonił sy­jonistyczną lewicę – podobnie jak podczas pierwszej wojny w Libanie – do zmiany stanowiska. Gdy akcja zbrojna okazała się porażką, lewica zaczęła utrzymywać, że od początku była przeciwna inwazji, co było oczywistą nieprawdą. Jednak inaczej niż podczas pierwszej wojny libańskiej, zaangażowanie tego, co pozostało z ruchu Pokój Teraz, w protest antywojenny nie zmieniło w żaden sposób faktu, że ruch pokojowy jest mniej­szościowym – żeby nie powiedzieć marginalnym – nurtem izraelskiego życia społeczno-politycznego.

W rezultacie większość izraelskiego społeczeństwa nadal żyje w przekonaniu o prawdziwości kłamliwych oświadczeń Ehuda Baraka z 2000 roku: pokój jest niemożliwy z powodu „braku wiarygodnego partnera” do negocjacji. Warto w tym miejscu zastanowić się nad tą obsesją byłego szefa sztabu i obecnego ministra obrony. Już w 1992 roku, gdy Icchak Rabin zdecydował się na podjęcie rozmów z OWP, Ehud Barak głośno wyrażał swój sprzeciw, twierdząc, że nie można mieć zaufania do Jasira Arafata. Ówczesny premier przywołał go wtedy do porządku, dając do zrozumienia, że jako wojsko­wy jest zobowiązany do realizowania polityki rządu, nie zaś do jej kwestionowania. W 2000 roku Barak powraca do swojej obsesji, twierdząc, że podczas rozmów w Camp David udało mu się zdemaskować szatański plan Jasira Arafata, jakim było zniszczenie państwa Izrael. Siedem lat później, podczas gdy premier Ehud Olmert uznaje Mahmuda Abbasa za godnego zaufania partnera, Barak nie przestaje powtarzać: „nie mamy wiarygodnych partnerów”. W postawie Ehuda Baraka obok politycznego sprzeciwu wobec rzeczowego kompromisu z Palestyńczykami dopatrzyć się można sporej dozy rasizmu: jest on święcie przekonany, że Arabowie to kłamcy, a zaufanie im jest równoznaczne z samobójstwem. Gdy na początku dru­giej intifady Barak nazwał Izrael „willą w dżungli”, przemawiał przez niego rasizm w czystej postaci: Izrael miałby być przy­czółkiem postępu, nowoczesności i demokracji, otoczonym przez dzikie bestie, które nie rozumieją innego języka niż argumenty siły. Rozrastająca się dżungla zagraża cywilizacji. Trzeba więc prowadzić nieustanną wojnę prewencyjną i od­grodzić się od dzikich bestii nieprzebytym murem. Nie można w lepszy sposób oddać istoty ideologii neokonserwatywnej i wynikającej z niej wojennej strategii.

W lipcu 2000 roku tego typu argumenty spotkały się z przy­chylnym przyjęciem ze strony izraelskiej opinii publicznej, a szczególnie jej umiarkowanych kręgów. Paradoksalnie tego rodzaju dyskurs daje większe poczucie bezpieczeństwa niż argumenty za pokojem. Wojna jest przecież czymś znanym, wiadomo jak ją prowadzić, aby stawić czoła zagrożeniu i unik­nąć niebezpiecznych pułapek, pokój natomiast jest wielką niewiadomą, ryzykiem, które trzeba podjąć i które wymaga zmiany sposobu myślenia nie tylko o Obcym, ale również o sa­mym sobie. Dyskurs prowojenny ma jeszcze jedną przewagę nad argumentami za pokojem: wznosi się ponad wewnętrzne rozłamy w społeczeństwie izraelskim, buduje konsens naro­dowy i przywraca poczucie wspólnoty.

W ten sposób możemy zrozumieć, jak to się stało, że kłam­stwa Baraka w ciągu kilku tygodni starły na proch izraelski ruch pokojowy, któremu wcześniej udało się zmobilizować setki tysięcy osób, wymóc wycofanie wojsk z Libanu i uznanie OWP. Nie można oprzeć się wrażeniu, że ci, których nazywaliśmy izraelskimi pacyfistami, tylko czekali na okazję, aby powrócić niczym syn marnotrawny na łono rodziny po trwającej kilka lat przygodzie, która nie przyniosła niczego dobrego.

Fragment książki Michela Warschawskiego „Izrael i polityka planowego zniszczenia”, 2008

Przełożyła: Ewa Cylwik

Reklamy
TrackBack URI

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: