Wolna Palestyna

03/07/2010

Strategiczne cele Izraela i broń jądrowa

Filed under: Uncategorized — Wolna Palestyna @ 01:04

Fragmenty książki „Tel Awiw za zamkniętymi drzwiami” (Open Secrets: Israeli Nuclear and Foreign Policies) Izraela Shahaka, 1997

W rozdziale tym przedstawiam, cytując wypowiedzi czołowych izraelskich generałów i ekspertów wywiadu zamieszczone w prasie hebrajskiej, to, co uznaję za prawdziwe cele polityki Izraela: ustanowienie hegemonii nad całym Bliskim Wschodem, czuwanie nad „stabilizacją” reżymów, które nie będą zbytnio zakłócać izraelskich dążeń ku temu celowi, przy ewentualnym wykorzystaniu broni jądrowej. Wspomniany w niniejszym rozdziale generał Amnon Szahak-Lipkin jest obecnie szefem sztabu armii izraelskiej i występuje pod nazwiskiem Amnon Szahak. Generał (rezerwy) Szlomo Gazit był jednym z izraelskich negocjatorów w rozmowach z Organizacją Wyzwolenia Palestyny (lub raczej z dowódcą tajnej policji OWP), które doprowadziły do Porozumienia z Oslo.

17 kwietnia 1992 roku, w przeddzień święta Paschy, dwóch generałów wojska izraelskiego, których można uznać za następnych w hierarchii po szefie sztabu, udzieliło prasie hebrajskiej wyczerpujących wywiadów. Zastępca szefa sztabu, generał Amnon Szahak-Lipkin (obecnie szef sztabu) rozmawiał z Jakowem Erezem i Immanuelem Rozenem reprezentującymi „Maariw”; dowódca wywiadu wojskowego generał Ud Saguj rozmawiał z Ronem Ben-Jiszajem z gazety „Jedijot Achronot”. Tego samego dnia Oded Brosz, znany specjalista od zagadnień polityki jądrowej, którego wypowiedź należy traktować jako pół oficjalną, opublikował w „Haarec” artykuł, który – po raz pierwszy w prasie hebrajskiej – otwarcie poruszył możliwość wykorzystania przez Izrael broni jądrowej w czasie wojny. Jego treść powinno się zestawić z pewnymi nowszymi artykułami prasowymi, by dokonać uogólnienia dostępnej nam wiedzy o celach militarnych i czynniku jądrowym w planach strategicznych Izraela.

Najpierw jednak warto może przypomnieć czytelnikom spoza Izraela, że ponieważ izraelskie plany strategiczne dotyczą całego regionu, problem Palestyńczyków zajmuje w nich miejsce drugorzędne. Tak naprawdę izraelskich strategów wojskowych ucisk Palestyńczyków nie interesuje nawet w najmniejszych stopniu. Wynikiem takiego podejścia jest tzw. „rozwiązanie problemu palestyńskiego”; jakakolwiek jest bowiem natura tego „rozwiązania”, nie może ono przynieść pokoju, ponieważ izraelscy politycy dążą do hegemonii na całym Bliskim Wschodzie, pojmowanym jako terytorium rozciągające się od Indii po Mauretanię.

Oczywiście pierwszą ofiarą izraelskiego ekspansjonizmu jest naród palestyński. Należy dodać, że ustanowienie hegemonii na całym Bliskim Wschodzie jest istotniejsze w planach strategicznych Izraela niż rozciągnięcie i utrwalenie żydowskiej władzy na całym obszarze Ziemi Izraela, bez względu na to, z jakim rozmachem zostaną nakreślone jego granice. Nim przejdę do właściwego tematu niniejszego rozdziału, chciałbym przytoczyć zdarzenie opowiedziane przez jednego z lepiej poinformowanych izraelskich dziennikarzy zajmujących się tematyką wojskową, Joawa Karniego („Staromodne izraelskie metody”, „Haarec”, 25 marca 1992).

Opowieść ta dotyczy czynnika amerykańskiego w wielkiej strategii Izraela. Karni jest krytycznie nastawiony do idei współpracy wojskowej o zasięgu światowym pomiędzy USA a Izraelem, której ofertę złożył publicznie izraelski ambasador w Waszyngtonie Zalman Szowala, o której jednak milczy prasa amerykańska. Według Karniego, „Biały Dom poproszono o puszczenie w niepamięć złych uczynków rządu (izraelskiego) i ich konsekwencji, a także o przezwyciężenie zrozumiałych niechęci (do postępowania Izraela) z uwagi na to, że Izrael może być niezastąpionym kapitałem strategicznym”. Dlaczego? Dlatego, że „nowe republiki islamskie w Azji Środkowej, wyłaniające się z ruin po ZSRR z pewnością staną się państwami fundamentalizmu islamskiego, nastawionymi wrogo do Zachodu, toteż będą terroryzować Bliski Wschód bardziej niż ZSRR kiedykolwiek go terroryzował w przeszłości”. Szowal „wyraził swoje zdumienie, że USA nie rozumie”, jak realne jest to niebezpieczeństwo i że jedynie Izrael jest w stanie mu zapobiec.

Naśmiewając się z Szowala, Karni sprytnie (tak by okpić cenzorów) ujawnił po raz pierwszy autentyczną historię o dyplomatycznych zabiegach Izraela służących osiągnięciu jego celów strategicznych: „Nawet Indie, które dziewięć lat temu wydaliły nadmiernie gadatliwego konsula izraelskiego, chcącego ujawnić udział Izraela w walce w przestrzeni kosmicznej skierowanej przeciw wszystkim muzułmanom, ostatnio poprosiły, by umieścić je na liście stałych odbiorców przesyłek pocztowych izraelskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych”.

Epizod, o którym mowa, miał miejsce w 1983 roku. Szaron, ówczesny minister obrony, nabrał pewności siebie po tym, jak z pełnym amerykańskim błogosławieństwem podpisał pokój z marionetkowym rządem Libanu. Bardzo zadowolony z siebie zaproponował Indiom sojusz, którego celem miałoby być wspólne zaatakowanie Pakistanu i zniszczenie jego pączkującego potencjału nuklearnego. Zgodnie z planem, Izrael miał dostarczyć samoloty, a Indie udostępnić bazy. Tymczasem zaledwie dwa lata wcześniej, w 1981 roku, Szaron wygłosił przemówienie, później szeroko nagłośnione, w którym zdefiniował jako cel Izraela rozciągnięcie jego wpływów „od Mauretanii po Afganistan”. Liczne świadectwa pochodzące ze źródeł izraelskich potwierdzają, że jest to cel strategiczny Izraela. Jedyny problem polega na tym, że stoi on w sprzeczności z polityką amerykańską, czy to otwarcie deklarowaną, czy faktycznie realizowaną. Izrael ma więc ogromną swobodę działania, póki Amerykanie niczego nie wiedzą o jego celach, a nie wiedzą, ponieważ nie chcą wiedzieć. Co ciekawsze, wszystkie komórki wywiadu amerykańskiego z całą premedytacją mogą okazywać większą niewiedzę w tej sprawie niż amerykańskie media.

(…)

Brosz twierdzi, że „nie ma absolutnie żadnego związku miedzy nieprzerwanym rozwojem izraelskiego potencjału nuklearnego a arabskimi, irańskimi czy pakistańskimi usiłowaniami w tym kierunku” pomimo faktu, że izraelska broń jądrowa jest, lub przynajmniej może być, wymierzona w te kraje. Brosz jednak idzie dalej w swoich argumentach: „Generalnie w planach obronnych na dłuższą metę nie można pomijać czynników politycznych.

Izrael musi brać pod uwagę na przykład to, że saudyjska rodzina królewska nie będzie wiecznie panować lub, że ustrój w Egipcie może się zmienić” . Właśnie ze względu na tego typu nieprzewidziane polityczne okoliczności Izrael musi mieć swobodę użycia lub groźby użycia swej broni jądrowej. Zdaniem Brosza „nie musimy się wstydzić tego, że opcja jądrowa jest głównym instrumentem naszej obrony, jako środek odstraszający tych, którzy mogą chcieć nas zaatakować. Trzy wielkie kraje demokratyczne opierały się na tym środku przez dziesięciolecia”.

Samo porównanie celów strategicznych Izraela do celów Strategicznych Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Francji stanowi niezbity dowód na to, że Izrael ma ambicje osiągnięcia statusu supermocarstwa. Lecz może on stać się supermocarstwem tylko wtedy, gdy uda mu się ustanowić hegemonię nad całym Bliskim Wschodem. Tymczasem między Izraelem a „trzema wielkimi demokracjami” istnieje jedna zasadnicza różnica. Na przykład, Francuzi sami płacą za rozwój swojego potencjału nuklearnego. Natomiast rozwój izraelskiego potencjału nuklearnego jest finansowany przez Stany Zjednoczone. Pieniądze na ten cel można zdobyć tylko wtedy, gdy Kongres podąża ścieżką wytyczoną przez tamtejszą zorganizowaną społeczność żydowską i jej rozmaitych sprzymierzeńców. W efekcie amerykańskie społeczeństwo musi być skutecznie oszukiwane co do prawdziwych celów strategicznych Izraela.

Wielka strategia Izraela składa się z różnorodnych elementów. Zadania ujęcia ich w jedną całościową koncepcję podjął się generał (rezerwy) Szlomo Gazit w artykule godnym uwagi ze względu na jego klarowność i bezpośredniość („Jedijot Achronot”, 27 kwietnia 1992). Gazit, który jest byłym dowódcą wywiadu wojskowego, dosyć często prezentuje w mediach strategiczne cele izraelskiego systemu bezpieczeństwa czy też usprawiedliwia to, co społeczeństwo może uznawać za jego potknięcia lub porażki. Artykuł Gazita ma dwa wyraźne cele. Pierwszym, typowym także dla kilku innych cieszących się poważaniem dziennikarzy izraelskich piszących mniej więcej w tym samym czasie, jest przekonanie społeczeństwa, że to, co „słyszeliśmy przez wiele lat, niemal od narodzin państwa, o Izraelu jako o strategicznym kapitale Stanów Zjednoczonych i wolnego świata”, jest nie mniej aktualne po upadku ZSRR i zakończeniu zimnej wojny niż przedtem.

Pominę większą część jego historycznego wywodu na temat tego, jak i dlaczego Izrael w tak cudowny sposób mógł stać się owym strategicznym kapitałem w przeszłości, i skupię na jednym argumencie, który wnosi coś nowego. Argument ten jest taki: „Izrael zaoferował amerykańskim siłom zbrojnym, że w razie wojny (z ZSRR) mógłby świadczyć Amerykanom wiele różnorodnych usług, a mianowicie udostępnić im porty, dostarczać zaopatrzenie, udostępniać pomieszczenia składowe, świadczyć usługi medyczne i hospitalizacyjne”. Niemniej Gazit przyznaje, że izraelskie usługi z okresu zimnej wojny, obecnie oferowane, „niemal zupełnie straciły swą wartość, ponieważ (Stany Zjednoczone) już nie muszą być przygotowane do wojny z blokiem sowieckim”. Stało się to jasne „ponad rok temu, gdy największe od czasu drugiej wojny światowej siły militarne zostały zgromadzone podczas wojny w Zatoce w naszym regionie, w samym sercu Bliskiego Wschodu. Izrael został pominięty, gdy toczono tę wojnę.

Co więcej, wyrażano nadzieję, a także powzięto konkretne kroki tylko w tym celu, by wykluczyć Izrael z udziału w niej. Gazit nawet przyznaje, dlaczego tak się stało: „z tego powodu – co z izraelskiego punktu widzenia jest bardzo smutnym, lecz znamiennym faktem – że (z ewentualnym wyjątkiem Egiptu, który podpisał z nami traktat pokojowy) żadne inne państwo arabskie nie przystąpi do jakiegokolwiek sojuszu obronnego, jeśli należy do niego także Izrael”. Oto dlaczego, jak wyjaśnia Gazit, „armia izraelska nie brała czynnego udziału w wojnie przeciw Irakowi”. Oto, dlaczego siły zbrojne koalicji antyirackiej „na skutek arabskiego weta” nie zostały rozlokowane na terytorium izraelskim.

Oczekując, że czytelnikom nasunie się wtedy pytanie: „Co zatem pozostało z tradycyjnej roli Izraela jako kapitału strategicznego?”, Gazit odkrywa decydujące i trwałe aspekty tejże roli. To jest drugi – może nawet ważniejszy niż pierwszy – cel jego artykułu. Wierzy on, słusznie moim zdaniem, że Izrael jest nadal, tak jak w przeszłości, strategicznym kapitałem. Jego klarowne wytłumaczenie zasługuje na to, by przedstawić je w całości: „Główne zadanie Izraela w ogóle się nie zmieniło i nadal ma kluczowe znaczenie. Geograficzne położenie w centrum arabsko-muzułmańskiego Bliskiego Wschodu predestynuje Izrael do roli oddanego strażnika stabilnej sytuacji we wszystkich państwach, które go otaczają.

Jego rolą jest ochrona istniejących rządów: ograniczanie lub powstrzymywanie procesów radykalizacji oraz hamowanie ekspansji fundamentalistycznego fanatyzmu religijnego. Izrael ma swoje „czerwone linie” (wytyczne w sytuacji zapalnej, alarmowej), które wywierają potężny efekt odstraszający poprzez wywoływanie niepewności poza granicami państwa, właśnie dlatego, że nie są wyraźnie określone czy zdefiniowane.

Celem tych „czerwonych linii” jest określenie tego, jakie zmiany o charakterze strategicznym poza granicami Izraela mogą być uznane za zagrożenie, którego Izrael nie będzie w stanie tolerować i poczuje się zmuszony do użycia całej swej siły zbrojnej w celu powstrzymania go lub położenia mu kresu”. Innymi słowy, „czerwonymi liniami” jest dyktatorskie ultimatum Izraela narzucone wszystkim pozostałym państwom bliskowschodnim. Gazit wyróżnia „trzy warianty rozwoju wypadków” wśród procesów radykalizacji, „które zostaną zakwalifikowane jako te, których (Izrael) nie będzie w stanie tolerować”. Pierwszy wariant obejmuje akty antyizraelskiego terroryzmu mającego swe źródło na terytorium innego państwa. Gazit jest wystarczająco bezpośredni, by powiedzieć, że Izrael stosuje odwet wobec danego państwa nie tylko we własnej obronie, ale także w najlepszym interesie rządu arabskiego, którego problem dotyczy: „Rząd arabski, pozwalając organizacji terrorystycznej działać bez przeszkód, przyczynia się do powstania potwora, który wcześniej czy później zwróci się przeciw niemu samemu.

Jeśli taki rząd nie podejmie odpowiednich kroków, by powstrzymać wrogie mu działania i ponownie odzyskać pełną kontrolę nad sytuacją, to po jakimś czasie przestanie rządzić swoim własnym państwem”. Drugim z omawianych tu wariantów zdarzeń jest „wkroczenie sił zbrojnych obcego państwa arabskiego na terytorium państwa, które graniczy z Izraelem, co w praktyce oznacza Jordanię, Syrię i Liban”. (Choć Egipt graniczy z Izraelem, nie został tu wymieniony.) Tak jak w poprzednim przypadku, Gazit stara się pokazać, że Izrael działa powodowany troską o stabilność danego rządu arabskiego: ,,Wkroczenie sił zbrojnych obcego kraju arabskiego niesie ze sobą zagrożenie dla stabilności rządu kraju w ten sposób dotkniętego, a czasami także dla jego niezależności.

Zatem bez wątpienia izraelskie czerwone linie, które odstraszają i zapobiegają wkroczeniu wojsk obcego państwa arabskiego do państw sąsiadujących z Izraelem, są także czynnikiem stabilizującym, który naprawdę chroni istniejące państwa i rządy na obszarze całego Bliskiego Wschodu”. Trzecia kategoria zjawisk wymagających reakcji w myśl „czerwonych linii” jest w opinii Gazita, a także w mojej, najważniejsza. Zadaniem Izraela jest niedopuszczenie do wydarzeń, które określa on jako „groźba przewrotów, zarówno wojskowych, jak i społecznych, które mogą się zakończyć wyniesieniem do władzy elementów fanatycznych i ekstremistycznych we wspomnianych krajach. Istnienie tego typu zagrożeń nie ma nic wspólnego z konfliktem izraelsko-arabskim. Zagrożenia te pojawiają się, ponieważ rządy [regionu] mają kłopoty ze znalezieniem rozwiązań dla trapiących je problemów społecznych i ekonomicznych. Lecz rozwój sytuacji we wspomnianym kierunku łączy się z prawdopodobieństwem zburzenia relacji Izraela z tym lub innym sąsiadem.

Dobrym przykładem takiego postępowania jest dbałość o zachowanie izraelskiego traktatu pokojowego z Egiptem i de facto pokojowej współpracy Izraela i Jordanii. W obu wypadkach to właśnie „czerwone linie” Izraela komunikują sąsiadom, że nie będzie on tolerował niczego, co mogłoby zachęcić siły ekstremistyczne do obrania tej samej drogi, jaką na wschodzie obrali Irańczycy, a na zachodzie Algierczycy”.

(…)

Przywołam w tym miejscu kilka faktów o zasadniczym znaczeniu. Po pierwsze, wypowiadając się w kontekście ewentualnego wykorzystania izraelskiej siły nuklearnej, Brosz ujawnia, że Izrael posiada plany awaryjne, które zostaną wprowadzone w życie, jeśli „egipski reżym upadnie”, lub dlatego, że „saudyjska rodzina królewska nie będzie wiecznie panować”. Porównując Brosza z Gazitem, łatwiej jest nam uchwycić naturę izraelskich celów strategicznych.

Izrael przygotowuje się do wojny, w razie konieczności do wojny jądrowej, aby odwrócić nie będące po jego myśli zmiany wewnętrzne, o ile takowe pojawią się w jakimkolwiek państwie bliskowschodnim. Jakiś czas po upadku szacha ujawniono, że w ostatnich dniach jego rządów izraelscy wojskowi planowali wysłanie elitarnych jednostek do Teheranu, by pomóc będącym w opałach generałom irańskim, lecz Begin w przypływie umiarkowania nie wyraził zgody na akcję. Ale, jak słusznie wskazuje Gazit, ZSRR upadł. Dopóki istniał, był strategicznym czynnikiem o pierwszorzędnym znaczeniu, ponieważ groźba sowieckiej interwencji do pewnego stopnia odstraszała Izrael od bezpośredniego i nieskrywanego parcia do uzyskania hegemonii na całym Bliskim Wschodzie. Obecnie, zauważa Gazit, „powstała próżnia”, której nie są w stanie zapełnić ani Stany Zjednoczone, ani żadne inne „wysoko uprzemysłowione państwo” – przynajmniej w pojęciu Gazita. Żadne z odległych mocarstw nie będzie w stanie w dającej się przewidzieć przyszłości dokonać inwazji na dowolne państwo Bliskiego Wschodu, używając lub grożąc użyciem broni jądrowej w trakcie działań zbrojnych, tylko dlatego, że nie będzie aprobować radykalnych zmian zachodzących wewnątrz uznawanych przez wspólnotę międzynarodową granic wspomnianego tego państwa.

Przypomnę, że nawet wtedy, gdy Irak upierał się przy aneksji Kuwejtu, Bushowi udało się uzyskać w Kongresie tylko nieznaczną większość, która poparła rozpoczęcie wojny w Zatoce Perskiej. Czy można sobie wyobrazić, jak Kongres zatwierdza inwazję na jakieś bliskowschodnie państwo tylko z tego powodu, iż dokonuje się tam społeczny przewrót? Odpowiedź może być jedynie zdecydowanie negatywna, lub przynajmniej zakładająca istnienie jakichś niemal nieprzezwyciężonych przeszkód, z którymi rząd USA lub innego zachodniego mocarstwa musiałby się w tej sytuacji zmagać. Bez wątpienia w Izraelu, gdzie rząd przed podjęciem zbrojnej napaści nie musi się konsultować nawet z Knesetem, żadne tego typu przeszkody nie istnieją.

Władze izraelskie są uprawnione do rozpoczęcia wojny i mogą mieć pewność, że bez względu na okoliczności jej wybuchu większość społeczeństwa żydowskiego wstępnie wyrazi na nią zgodę. W przeszłości ilekroć Kneset powiadamiano o napaści zbrojnej Izraela, zawsze zatwierdzał ją z entuzjazmem ogromną większością głosów. Kneset zatwierdził wojny toczące się w 1967 i 1982 roku. Lecz najlepszym przykładem, pozwalającym wejrzeć głębiej w mechanizmy zachowań Knesetu, jest ratyfikacja wojny sueskiej z 1956 roku.

Po tym jak trzeciego dnia wojny Ben Gurion poinformował Kneset, że celem wojny jest „ponowne ustanowienie królestwa Dawida i Salomona” poprzez aneksję półwyspu synajskiego, naszą dziedziczną własność, „która nie jest częścią Egiptu”, a także wyzwolenie Egipcjan i cały świat od tyranii Nassera, cały parlament z wyjątkiem czterech komunistycznych posłów powstał, by odśpiewać hymn narodowy Izraela . Tylko groźby ze strony Chruszczowa i Eisenhowera ostatecznie przekonały Ben-Guriona do zmiany stanowiska. Jednak Ben-Gurion był realistą i rządził wojskiem stalową pięścią.

W nowych warunkach „próżni”, która powstała na skutek rozpadu ZSRR i osłabienia Stanów Zjednoczonych, Izrael teraz już jawnie przygotowuje się do przejęcia hegemonii nad całym obszarem Bliskiego Wschodu, do czego zawsze skrycie dążył, nie wahając się użyć w tym celu wszelkich dostępnych środków, w tym także broni jądrowej. W przeciwieństwie do tego, co głosi Gazit, Szuwal, czy inni rzecznicy interesów Izraela, te działania nie są podejmowane ze względu na dobro Zachodu. Zachód składa się głównie z gojów, a Izrael jest państwem żydowskim, którego głównym celem jest działanie na korzyść samych Żydów. Dążenie do hegemonii wynika z własnych, od dawna hołubionych ambicji, które obecnie określają jego cele strategiczne.

Reklamy
TrackBack URI

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: