Amnesty International oskarża Izrael o utrudnianie Palestyńczykom dostępu do wody poprzez całkowitą kontrolę nad wspólnymi zasobami lub dyskryminację przy dostępie do nich. Według obrońców praw człowieka, armia izraelska niszczy nawet zbiorniki z wodą deszczową Palestyńczyków, podczas gdy izraelscy osadnicy mogą swobodnie uprawiać ziemię.
- Izrael zezwala Palestyńczykom jedynie na dostęp do niewielkiej ilości wspólnych źródeł, które znajdują się w większości na Zachodnim Brzegu, podczas gdy izraelscy osadnicy mogą korzystać z nieograniczonych źródeł – powiedziała Donatella Rovera z Amnesty International. – Izraelska blokada w Strefie Gazy jeszcze pogorszyła sytuację – dodaje obrończyni praw człowieka.
Jak podaje Amnesty International, Izrael zużywa ponad 80% wody z górskich warstw wodonośnych. Mountain Aquifer jest jedynym źródłem wodnym dla Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu, dla Izraela jest to jedno z wielu źródeł, gdyż korzysta również z wody z rzeki Jordan.
Dzienne zużycie wody przez Palestyńczyków wynosi ok. 70 litrów na osobę, dla Izraelczyków wynosi ponad 300 litrów, czyli 4 razy więcej.
Zakaz zbierania “deszczówki”
Na niektórych wiejskich terenach Palestyńczycy muszą przeżyć przy 20 litrach na dzień, co jest absolutnym minimum, które powinno być stosowane tylko w wyjątkowych sytuacjach.
Od 180 do 200 tys. Palestyńczyków żyjących na terytoriach wiejskich nie ma dostępu do bieżącej wody, izraelska armia zaś często zabrania im zbierania nawet wody deszczowej.
Z drugiej strony, izraelscy osadnicy, żyjący na Zachodnim Brzegu wbrew prawu międzynarodowemu, mogą uprawiać ziemię i korzystać z ogrodów i basenów.
Ok. 450 tys. osadników zużywa tyle samo lub więcej wody co cała populacja Palestyńczyków licząca ok. 2,3 mln.
Skażona woda
W Strefie Gazy, ok. 90-95% wody z jedynego źródła Coastal Aquifer jest skażona i nie nadaje się do konsumpcji. Zaś Izrael nie godzi się na transfer wody ze zbiornika w Zachodnim Brzegu do Strefy Gazy.
Restrykcje wprowadzane przez Izrael w ostatnich latach dotyczące możliwości dostania się do Strefy Gazy doprowadziły do dalszych zanieczyszczeń.
Wielu Palestyńczyków, aby poradzić sobie z brakiem wody, zmuszona jest do kupowania często zanieczyszczonej wody z kanistrów po zawyżonych cenach. Jednak radykalne oszczędzanie wody przez palestyńskie rodziny jest niebezpieczne dla zdrowia.
- Izraelskie restrykcje wobec Palestyńczyków na terytoriach okupowanych przez 40 lat uniemożliwiają rozbudowę wodnej infrastruktury przez Palestyńczyków. W konsekwencji setki tysięcy Palestyńczyków nie mają dostępu do wody, przez co nie mogą normalnie żyć. W takiej sytuacji nie jest możliwe normalne jedzenie, mieszkanie, czy też rozwój ekonomiczny – mówi Donatella Rovera.
Trudne do zdobycia pozwolenia
Izrael ograniczył Palestyńczykom dostęp do wielu zasobów wodnych. Palestyńczycy muszą posiadać różnego rodzaju zezwolenia od władz izraelskich, jeśli chcą przewozić lub dystrybuować nawet niewielką ilość wody na terenach okupowanych. Załatwienie wymaganych zezwoleń jest skomplikowane i długotrwałe. Wszystko to wpływa na wzrost ceny wody.
W palestyńskich wioskach ludzie cierpią z powodu braku wody, zaś armia izraelska niszczy zbiorniki z wodą deszczową i konfiskuje zbiorniki przewożone przez Palestyńczyków. Dla kontrastu w wielu osadach izraelskich woda często jest marnowana.
Wielu palestyńskich chłopów, z powodu braku wody, nie jest w stanie uprawiać nawet niewielkiej połaci ziemi.
- Woda jest podstawową potrzebą a dostęp do niej to podstawowe prawo. Natomiast dla wielu Palestyńczyków dostęp do wody, nawet 3-rzędnego gatunku stał się luksusem, na który nie mogą sobie pozwolić – powiedziała Donatella Rovera.
- Izrael musi zakończyć swoje dyskryminacyjne praktyki przy ograniczaniu Palestyńczykom dostępności do wody. Musi również wziąć odpowiedzialność za zaistniałą sytuację i zapewnić Palestyńczykom sprawiedliwy dostęp do zasobów – dodaje aktywistka.
Lista strat po masowych wizytach izraelskiej młodzieży w Polsce jest długa i kosztowna. Rozpoczynają ją wypalone dywany w polskich hotelach, kończy trauma żydowskich nastolatków. I coraz częściej trauma tubylców.
Toskańczyk Roberto Lucchesini, od kilku lat mieszkaniec Krakowa, ostatnio prawie nie śpi. Zanim zacznie normalnie poruszać rękami, będzie musiał przejść długą rehabilitację. A wszystko po tym, jak w biały dzień na oczach przechodniów i kilkudziesięciu nastolatków zamkniętych szczelnie w autobusach zaopatrzeni w ostrą broń izraelscy ochroniarze skrępowali mu z tyłu ręce nad głową i skuli go kajdankami. Na środku krakowskiej ulicy. Chwilę przedtem Włoch na różne sposoby próbował zmusić kierowców autobusów, by wyłączyli silniki.
– Izraelczycy założyli mi kajdanki, rzucili twarzą w psie gówna i kopali – żali się Lucchesini. Następnie oprawcy po prostu odjechali. Włocha rozkuła dopiero policja.
Na krakowski Kazimierz, dawne żydowskie miasteczko, po którym zostały jedynie synagogi i ludzkie, często bardzo bolesne wspomnienia, Lucchesini przeniósł się z miłości do polskiej kobiety i polskiego miasta. Zamieszkał w kamienicy z widokiem na bożnicę.
– Wydawało mi się wtedy, że to najpiękniejsze miejsce na świecie – mówi. – Po pewnym czasie zrozumiałem, że miejsce, owszem, jest piękne, ale nie dla jego dzisiejszych mieszkańców.
Kopniaki zamiast odpowiedzi
Podobnego zdania jest również inna mieszkanka Kazimierza, urzędniczka Beata W., której izraelscy ochroniarze przetrzepali niedawno na jednej z ulic torebkę, zupełnie nie wyjaśniając przyczyn.
– Kiedy spytałam, o co właściwie chodzi, kazali mi się zamknąć. Posłuchałam, przestałam się odzywać, bałam się, że za chwilę każą mi się rozebrać do naga – irytuje się urzędniczka.
Odpowiedzi na pytanie nie otrzymał również młody polski Żyd, który jak zwykle w szabat kilka miesięcy temu chciał pomodlić się w swojej synagodze. Zapytał jedynie, dlaczego nie może wejść do świątyni. Zamiast odpowiedzi otrzymał kilka kopniaków.
– Widziałem to na własne oczy – mówi Mike Urbaniak, redaktor Forum Żydów Polskich i korespondent „European Jewish Press” w Polsce. – Widziałem, jak właściwie bez jakichkolwiek powodów mój kolega został brutalnie zaatakowany przez agentów ochrony z Izraela.
A wszystko to podobno w imię bezpieczeństwa izraelskich dzieci.
– Polakom trudno to może zrozumieć, ale ochrona towarzyszy młodym Izraelczykom na każdym kroku, i to zarówno w kraju, jak i za granicą – wyjaśnia Michał Sobelman, rzecznik prasowy ambasady Izraela w Polsce. – Taki wymóg stawiają rodzice dzieci, w przeciwnym razie nie zgodziliby się na jakikolwiek wyjazd. Ochroniarze pojawiają się zatem wszędzie tam, gdzie młodzież. Polska nie jest tu żadnym wyjątkiem.
Ale to w Polsce, jak wynika z relacji Mike’a Urbaniaka, Żydzi z Izraela skopali przed polską synagogą polskiego Żyda, po czym zaczęli mu jeszcze grozić więzieniem. I znów działo się to na oczach młodych ludzi z Izraela.
– Jest nam bardzo przykro, gdy słyszymy o takich incydentach – przyznaje Sobelman. – Każda z tych spraw jest szczegółowo wyjaśniana. Zrobimy wszystko, by do takich sytuacji więcej nie dochodziło. Być może trzeba będzie zmienić metody szkolenia naszych ochroniarzy, po to by zrozumieli, że Polska to nie Izrael, że skala zagrożeń w Polsce jest znikoma?
Profesor Moshe Zimmermann, szef Instytutu Historii Niemiec na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie, uważa jednak, że problem nie dotyczy wyłącznie zachowania ochroniarzy. Jego zdaniem Izraelczycy zasadniczo uważają, że Polacy nie są dla nich równymi partnerami. I nie chodzi o to, że nie potrafią ich dzieciom zapewnić bezpieczeństwa.
– Nie są równymi partnerami do jakiejkolwiek dyskusji. Dotyczy to także wspólnej i dzisiejszej historii oraz polityki. Efekt jest taki, że młodzież izraelska widzi w Polakach ludzi drugiej kategorii, postrzega ich jako potencjalnych wrogów – wyjaśnia bez ogródek.
O tym, że profesor ma sporo racji, świadczyć może instrukcja postępowania z tubylcami rozdawana jeszcze kilka lat temu młodym Izraelczykom udającym się do Polski. Znalazł się w niej zapis: „Wszędzie będziemy otoczeni przez Polaków. Będziemy nienawidzić ich z powodu udziału w zbrodniach”.
– Programy przyjazdów naszych nastolatków są ustalane odgórnie przez izraelski rząd i są bardzo sztywne – wyjaśnia Ilona Dworak-Cousin, przewodnicząca Towarzystwa Przyjaźni Izrael–Polska w Izraelu. – Sprowadzają się właściwie do odwiedzania kolejnych miejsc zagłady Żydów. Z takiej perspektywy Polska to wyłącznie wielki żydowski cmentarz. I nic więcej. Spotkania z żywymi ludźmi dla tych, którzy przywożą młodych Izraelczyków do kraju naszych przodków, są bez znaczenia.
Mieszkaniec krakowskiego Kazimierza, pochodzenia żydowskiego, uważa, że nie ma w tym nic złego: – Izraelczycy nie przyjeżdżają do Polski na wakacje. Ich zadaniem jest poznać miejsca Zagłady i posłuchać o straszliwej historii swoich rodzin, historii, która często nie jest im opowiadana przez dziadków ze względu na zbyt duży ładunek emocji. Często się zdarza, że wyjeżdżający stąd młodzi ludzie płaczą, dzwonią do rodziców i mówią: czemu mi nie powiedzieliście, że to było aż tak straszne? Szczerze mówiąc, nie dziwię się, że nie mają ochoty na rozmowy o Lajkoniku.
Jednak według Ilony Dworak-Cousin brak kontaktu z Polakami sprawia, że izraelska młodzież coraz częściej zaczyna mylić ofiary z oprawcami. – Zaczynają myśleć, że to Polacy stworzyli obozy koncentracyjne dla Żydów, że to Polacy byli i wciąż są największymi antysemitami na świecie – dodaje Żydówka.
Wspomniany mieszkaniec Kazimierza jest zupełnie innego zdania. – Nie wierzę, by ktoś im mówił, że to Polacy zrobili. Dlatego nie muszą prowadzić jakichkolwiek dyskusji z młodymi Polakami.
Nastoletni skandaliści
Jednak zdaniem sporej części Izraelczyków instrukcję dla młodzieży ostatecznie wprawdzie zmieniono, ale podejścia do Polaków nie.
– Ktoś kiedyś w Izraelu zdecydował, że nasze dzieci, jadąc do Polski, muszą być szczelnie otoczone ochroną – mówi Lili Haber, przewodnicząca Związku Krakowian w Izraelu. – Ktoś zdecydował, że młodzi Izraelczycy nie mogą spotykać się z polskimi rówieśnikami, spacerować po ulicach. W rzeczywistości te wizyty nie są niczym więcej niż kilkunastodniowym, dobrowolnym pobytem młodzieży w więzieniu.
Dobrowolnym, ale też niezwykle kosztownym – 1400 dolarów od osoby. Na przyjazdy do Polski nie stać wszystkich rodziców młodych Izraelczyków.
– W dodatku, jak się okazuje, zbyt młodych na to, by oglądać miejsca kaźni – dodaje doktor Ilona Dworak-Cousin. – Traumatyczne przeżycia, jakie towarzyszą wizytom w kolejnych obozach śmierci, mają swoje konsekwencje. Dzieciaki stają się agresywne. I zamiast poznawać kraj przodków, kraj, w którym Żydzi w symbiozie z Polakami żyli prawie tysiąc lat, nastolatki z Izraela wywołują w nim kolejne skandale.
Zdarza się, że gdzieś między wizytą w Treblince a Majdankiem młodzi Izraelczycy spędzają czas na zamówionym przez hotelowy telefon striptizie. Zdarza się, że obsługa hotelowa musi zbierać ludzkie odchody z łóżek i umywalek. Zdarza się, że musi oddawać pieniądze za nocleg innym turystom, którzy nie mogą spać, bo Izraelczycy postanowili zagrać w hotelowym holu w piłkę nożną. O drugiej w nocy.
Sześcioletni Krzyś z Kazimierza też grał w piłkę. 15 kwietnia, w niedzielny wieczór, po tym jak strzelił dwa gole, chciał normalnie wrócić do domu. Domu położonego blisko synagogi, przed którą zgromadziły się na uroczystościach poprzedzających Marsz Żywych setki młodych Izraelczyków. Tuż przed ulicą Szeroką Krzysia zatrzymało kilku zdecydowanie niemiłych panów. – Dziś jest to teren półprywatny. Przejścia nie ma – usłyszał. Nie pomogły prośby chłopca, że jak nie wróci na czas do domu, jego mama będzie się denerwować.
„Bramkarze”, co ciekawe, tym razem polscy, i co jeszcze ciekawsze, w towarzystwie krakowskich policjantów, okazali się również głusi na prośby wycieczki Holendrów, którzy pół roku wcześniej zarezerwowali sobie kolację w restauracji przy ulicy Szerokiej. – To wolny kraj? – próbował upewnić się jeden z turystów.
W zwykły dzień na Szeroką można się dostać z kilku stron. W ten wieczór – z żadnej. Sama bezskutecznie próbowałam przedrzeć się przez bramki. Pomogli mi dopiero policjanci.
– Tu nie ma żadnych zakazów – przekonywali mnie chwilę później, choć stan faktyczny wskazywał na coś zupełnie innego.
– Wprowadziliśmy jedynie pewne ograniczenia w ruchu – wyjaśnia mi kilka dni później Sylwia Bober-Jasnoch z biura prasowego małopolskiej policji.
Policjanci nie mogą mówić inaczej. Oficjalnie polskie prawo nie daje możliwości odcięcia obywateli od ulic, przy których mieszkają. Nawet podczas imprez masowych, a uroczystości na Szerokiej taką nie były, mieszkańcy mają prawo wrócić do swoich domów, a turyści mają prawo zjeść obiad w restauracji. Także oficjalnie ochroniarze izraelscy nie mogą zatrzymywać i rewidować przechodniów.
Próbowałam się dowiedzieć więcej na temat praw agentów ochrony izraelskiej w Polsce. Najpierw w polskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych, skąd odesłano moje pytania do… Ministerstwa Edukacji Narodowej. Wysłałam też pytania do ministra spraw wewnętrznych. Mimo wcześniejszych obietnic nie dostałam żadnej odpowiedzi. Chętny do rozmowy okazał się jedynie Maciej Kozłowski, były ambasador w Izraelu, obecnie pełnomocnik ministra spraw zagranicznych do spraw stosunków polsko-izraelskich
– Przepisy są nieprecyzyjne – przyznaje Kozłowski. – W zasadzie ochroniarze z obcego kraju nie powinni poruszać się po Polsce uzbrojeni, ale dla władz Izraela kwestie bezpieczeństwa są priorytetem. Próby przekonania izraelskiego rządu, że ich obywatele powinni korzystać z polskiej ochrony, na razie zakończyły się fiaskiem.
Samolot jak pole bitwy
Dla Roberta Lucchesiniego, jak też jego żony Anny i dwuletniej córeczki, postawa polskiego rządu, który w przeciwieństwie do Izraela swoim obywatelom nie potrafi zapewnić bezpieczeństwa, jest zupełnie niezrozumiała. Do priorytetów małżeństwa z Kazimierza oprócz poczucia bezpieczeństwa należą także spokój i cisza. Tymczasem włosko-polską rodzinę dzień w dzień budzi co rano głośny charkot silników polskich autobusów z grupami młodzieży z Izraela. Ich polscy kierowcy permanentnie łamią przepisy. Przy skwerku obok synagogi – naprzeciwko domu Roberta – mogą zgodnie z przepisami stać najwyżej trzy autokary, najwyżej 10 minut. Stoi znacznie więcej, godzinami. W dodatku z włączonymi silnikami. Powód? Bezpieczeństwo młodzieży – szybciej odjadą z miejsca zagrożenia, gdy silniki są uruchomione.
Poza tym młodym Izraelczykom trzeba serwować kawę. Bo chociaż Kazimierz to dziś dziesiątki kawiarni, nastolatki z Izraela do nich nie zaglądają. Mają to jasno powiedziane: zero kontaktów z otoczeniem, zero rozmów z przechodniami, zero uśmiechów i gestów.
Tak jest już od kilkunastu lat – z Polakami grupy izraelskie kontaktują się wyłącznie tam, gdzie muszą. Najpierw w samolotach.
– Samolot po wylądowaniu w Polsce młodzieży izraelskiej wygląda jak pole bitwy – przyznaje pracownik LOT proszący o anonimowość. – Najgorszy jest jednak stosunek tych dzieciaków do polskiej obsługi. Niedawno jedna ze stewardes dostała od młodego Izraelczyka w twarz. Tylko dlatego, że zbyt długo czekał na coca-colę.
Leszek Chorzewski, rzecznik prasowy LOT, przyznaje, że młodzież izraelska to trudny klient. – Wymaga nie tylko więcej uwagi niż inni pasażerowie, ale też zdecydowanie większych środków ostrożności – dodaje. Ta ostrożność to przedłużające się kontrole latających maszyn i lotnisk przeprowadzane przez służby izraelskie. To także bardzo wysokie wymagania ochroniarzy młodych Izraelczyków.
Na własnej skórze przekonała się o tym Katarzyna Łazuga, studentka z Poznania. Na jednym z polskich lotnisk uczestniczyła w zajęciach kursu pilotażu turystycznego. – Do pomieszczenia, w którym przebywaliśmy, weszli młodzi ludzie z Izraela – wspomina. – W chwilę później nasza grupa w pośpiechu musiała przerwać zajęcia i opuścić salę. Izraelscy ochroniarze kazali nam się wynieść, natychmiast i bez gadania. Bo… za bardzo gapiliśmy się na ich podopiecznych. Owszem, patrzyliśmy się na nich. Zwracali na siebie uwagę, byli wyjątkowo ładni.
Polaków młodzi Izraelczycy widują jeszcze tam, gdzie nocują – w polskich hotelach. O ile polskie hotele chcą ich jeszcze przyjmować. Spora część krakowskich zdecydowanie już nie chce.
– Raz na zawsze zrezygnowaliśmy z przyjmowania młodzieży izraelskiej – przyznaje Agnieszka Tomczyk, asystentka szefa sieci hoteli System w Krakowie. – Nie stać nas już było na wyrównywanie strat po jej wizytach.
Te straty to zdemolowane pokoje, połamane krzesła i stoły, ludzkie odchody w umywalkach lub koszach na śmieci albo jak w Astorii, innym krakowskim hotelu, wypalony dywan. Astoria także wycofuje się z grup izraelskich. Między innymi dlatego, że ochroniarze żydowskiej młodzieży wypraszali z hotelu gości, którzy po prostu im się nie podobali.
– Ja rozumiem, że izraelscy ochroniarze są wyczuleni na wszelkie niepokojące sygnały. Przyjechali z kraju, gdzie nieustająco wybuchają bomby, a młodzi ludzie giną w zamachach terrorystycznych – zapewnia Mike Urbaniak. – Tyle tylko, że Polska jest jednym z najbezpieczniejszych krajów w Europie. Tu, poza nielicznymi przypadkami, nie atakuje się Żydów, a żydowskie instytucje, co jest ewenementem na światową skalę, nie potrzebują żadnej ochrony.
Wielki biznes
Ochrony nie potrzebują także, o dziwo, chasydzi przybywający licznie do Polski z Izraela. W tym na przykład kilkudziesięciu ortodoksyjnych Żydów, którzy niedawno odwiedzili nasz kraj, bo chcieli pomodlić się przy grobie cadyka z Lelowa. Zjawili się też na krakowskim Kazimierzu bez asysty i bez cienia strachu.
– Bez żadnych oporów rozmawiali z zaciekawionymi ich wyglądem turystami, dla których pejsaci Żydzi są wciąż niecodziennym zjawiskiem – dodaje Urbaniak.
Na Kazimierzu chasydzi są zjawiskiem codziennym. Tak jak wycieczki młodzieży z Izraela. W tym roku ma przyjechać do Polski aż 30 tysięcy nastolatków. A z nimi 800 ochroniarzy.
Roberto Lucchesini zgłosił pobicie przez izraelską ochronę na polską policję. Sprawą zajęła się już krakowska prokuratura. W Izraelu także toczy się w tej sprawie śledztwo.
– Jego wyniki mają średnie znaczenie – uważa Ilona Dworak-Cousin. – Znaczenie ma jedynie to, czy młodzież, która odwiedza Polskę, nadal będzie ją traktować jak wrogi i zupełnie obcy kraj.
Zarówno Stowarzyszenie Przyjaźni Izrael–Polska, jak i Związek Krakowian w Izraelu próbują dziś przekonać władze swojego kraju, by nie wysyłały więcej nastolatków do obozów zagłady w Polsce. Szanse na to są niewielkie.
– Te wycieczki to przede wszystkim wielki biznes dla ich organizatorów – przyznaje Lili Haber. – W tym również dla izraelskich ochroniarzy.
During international armed conflicts, including occupations by military forces, children are afforded protection under international humanitarian law. Children are also granted protection under the United Nations Convention on the Rights of the Child as persons who are especially vulnerable during war time. However, the state of Israel has consistently failed in its legal obligation to offer protection towards the children of the Occupied Palestinian Territories (OPT). Since the beginning of the second intifada in September 2000, the Israeli Occupation Forces (IOF) have killed more than 860 children in the OPT, the majority of them in the Gaza Strip.
In response to these IOF killings of children, and IOF consistent use of excessive lethal force against Palestinian children, the Palestinian Centre for Human Rights is launching “Blood on Their Hands” — a major investigative report on child killings perpetrated by the IOF in the Gaza Strip.
“Blood on Their Hands” examines IOF killings of children in the Gaza Strip from June 2007 through June 2008. During this period, IOF killed 68 children in the Gaza Strip. (For the purpose of this reports, PCHR defines a child as a boy or girl younger than the age of 18 who is not taking part in hostilities.) The report provides data, analysis and testimonies on the killings of these children, including detailed testimonies from eye-witnesses and bereaved families, which highlight the horrific nature of these IOF child killings. The report also examines the psychological impact of child deaths on other children in the Gaza Strip, especially those children who have witnessed IOF killings. Although it focuses on the Gaza Strip, the report also refers to child killings by IOF in the West Bank, where 12 children were killed by IOF during the reporting period.
The violent deaths of all 80 children are the direct result of IOF policy of targeting unarmed civilians in the OPT, and especially the Gaza Strip, as a form of collective punishment against Palestinian civilians. The report investigates the context of child killings in the Gaza Strip, providing detailed investigations into IOF use of disproportionate and excessive lethal force in order to deliberately target children. The report also exposes IOF methods of killing children, and the consistent failure of the State of Israel to investigate IOF killings of Palestinian children in the OPT, or to bring the perpetrators to justice.
“Blood on Their Hands exposes” the extent of IOF child killings, and makes urgent recommendations for the IOF to respect the human rights of all Palestinian children in the OPT, as well as demanding that the international community intervene immediately and effectively in order to ensure that children’s human rights are respected and upheld.
Nie da się uczciwie dyskutować o Państwie Izrael omijając rdzeń jego polityki, kolonializm. Niezależnie od motywacji (rozwiązanie problemu żydowskiego w Europie Wschodniej, koniec XIX i początek XX wieku) syjonizm jest ruchem kolonialnym, który stworzył państwo kolonialne.
Izrael jest jednym z ostatnich państw kolonialnych, istniejących w XXI w. Syjonizm łączą z kolonializmem cele i środki: zachodni projekt „cywilizowania” Orientu, zapoznania go z nowoczesnością, postępem i, dużo później, demokracją.
Kolonializm
Syjonistyczny kolonializm nie ma natury projektów kolonialnych jak w Afryce Północnej i subsaharyjskiej, natomiast niczym się nie różni od kolonizacji Ameryki Północnej czy Australii, gdzie chodziło o kolonialne zaludnianie. Jako taki chce, metodą stopniowego zaboru, zastąpić (a nie wyłącznie eksploatować) ludność tubylczą własnymi kolonistami.
Kolonializm Izraela tkwi nie tylko w jego ideologii, ale również w jego modus operandi. Jego legislacja i praktyka prawna służy celom zbudowania, narzucenia i wzmocnienia żydowskiego charakteru państwa. „Judaizacja” i „państwo żydowskie” nie są konceptami kulturowymi tylko projektem demograficznym; ich celem jest dezarabizacja Palestyny i redukcja, o ile się da, liczby nie-Żydów w Izraelu. Wyzwolenie ziemi, Żydowska praca na roli i Żydowskie produkty były głównymi hasłami syjonizmu w Palestynie, a odbijała się w nich próba totalnego usunięcia z pola widzenia arabskiej natury Palestyny.
Polityka judaizacji trwała długo po utworzeniu Państwa Izrael i ciągle charakteryzuje dzisiejsze praktyki kolonialne. Strukturalna dyskryminacja mniejszości palestyńskiej, jak również polityka wywłaszczania nie-Żydów z ziemi palestyńskiej świadczą, że w Izraelu nigdy nie było żadnej „normalizacji”, i że agresywna natura kolonialna stanowi integralną część jego istoty. Bycie państwem żydowskim zakłada wojnę ze wszystkim, co nie jest żydowskie. Chodzi o permanentną wojnę etniczną.
Rasizm
Syjonistyczny rasizm jest niezbędnym produktem pochodnym izraelskiego kolonializmu. Rasizm nie musi mieć za sobą „filozofii rasowej”, która zakłada wyższość jednej ludzkiej społeczności nad inną, jak w przypadku ideologii nazistowskiej. Współczesny rasizm polega na postawie „ignorowania Innego”, udawania, że go nie ma.
Ziemia bez ludu dla ludu bez ziemi, Pusty kraj, takie były slogany wczesnego syjonizmu. To bardzo typowe dla postawy kolonialnej, właściwie banalne, widzieć w tubylcu nic więcej niż problem środowiska naturalnego, jak komary, trzęsawiska czy skalisty teren, coś, co musi zostać wyeliminowane, by cywilizacja mogło się rozwijać. Palestyńscy Arabowie są przeźroczyści, niewidzialni jako ludzka społeczność. W tym sensie to rasistowskie zaprzeczanie człowieczeństwu tubylców. Syjonistyczny rasizm to po prostu banalny zachodni rasizm wobec wszystkiego, co nieeuropejskie.
Wieczna debata
Rezolucja Zgromadzenia Ogólnego ONZ z 1975 roku, która zdefiniowała syjonizm jako rasizm, wskazała tylko elementarną prawdę: państwo kolonialne jest, ze względu na swoją naturę i zachowanie, rasistowskie.
Rola takich rezolucji nie polega właściwie na definiowaniu, tylko decydowaniu o działaniach, które trzeba by podjąć. Definiowanie powinno być zadaniem naukowców, którzy podejmą nieskończoną, otwartą dyskusję, bez żadnego głosowania. Chodzi o kolonializm i rasizm niezależnie od tego, czy jakaś część państw to akceptuje czy nie. Dowód? W 1991 roku Zgromadzenie Ogólne zmieniło zdanie decydując, że syjonizm to nie rasizm! Takie zachowanie to fantastyczny powrót do średniowiecza, kiedy jakaś grupa kardynałów mogła przegłosować, że Żyd nie ma duszy, albo że ziemia jest płaskim kwadratem.
Żadne z takich głosowań nie mogło oczywiście zmienić rzeczywistości. Rola instytucji politycznych polega na podejmowaniu działania, a nie rozważaniu pojęć.
Działanie
Zgromadzenie Ogólne i Rada Bezpieczeństwa ONZ powinny przedstawić rezolucję bazowaną na wzorze wcześniejszych działań przeciw rasistowskiej RPA – bojkot, wstrzymanie inwestycji, sankcje – by ukarać Izrael za jego niezliczone gwałty na prawie międzynarodowym i rezolucjach Narodów Zjednoczonych.
Konieczność sankcji przeciw Izraelowi jest potrójna: po pierwsze oddać sprawiedliwość narodowi palestyńskiemu. W zamian za bolesne kompromisy, którym uległ pod presją społeczności międzynarodowej, przypadło mu tylko więcej represji i upokorzeń. Po drugie, to sprawa higieny międzynarodowej. Jeśli chcemy żyć w świecie, który kieruje się prawem, Izrael nie może pozostać bezkarny. Jego zbrodnie powinny zostać osądzone. Po trzecie, dla dobra samego społeczeństwa izraelskiego.
Kiedy przyszli po Palestyńczyków, nie protestowałem. Nie byłem przecież Palestyńczykiem. Kiedy przyszli po nacjonalistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież nacjonalistą. Kiedy przyszli po rewizjonistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież rewizjonistą. Kiedy przyszli po antyglobalistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież antyglobalistą. Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było.
"W wolnym państwie każdy obywatel może myśleć, o czym tylko zechce i mówić, co tylko pomyśli". - Spinoza
"Nasza rasa jest Rasą Panów. Jesteśmy świętymi bogami na tej planecie. Różnimy się od niższych ras tak, jak one od insektów. Faktycznie, porównując do naszej rasy, inne rasy to bestie i zwierzęta, bydło w najlepszym wypadku. Inne rasy są uważane za ludzkie odchody. Naszym przeznaczeniem jest sprawowanie władzy nad niższymi rasami. Nasze ziemskie królestwo będzie rządzone przez naszego przywódcę za pomocą żelaznej pięści. Masy będą lizać nasze stopy i służyć nam jako nasi niewolnicy" - Menachem Begin, premier Izraela, laureat Pokojowej Nagrody Nobla
"Palestyńczycy są bestiami na dwóch nogach" - Menachem Begin
David Ben-Gurion (pierwszy premier Izraela) do studentów:
„Musicie walczyć z entuzjazmem drogą dyplomatyczną i podboju celem utworzenia imperium izraelskiego, obejmującego wszystkie ziemie między Nilem a Eufratem”;
„Ta mapa (Palestyny) nie jest mapą naszego narodu. My posiadamy inną mapę, którą wy, studenci, oraz młodzież szkół żydowskich winniście wprowadzać w życie. Naród izraelski powinien poszerzać swoje terytorium od Eufratu aż do Nilu”.
"Naszą strategią było zawsze prowokowanie Arabów i otrzymywanie odpowiedniej odpowiedzi tak, byśmy ich mogli zaatakować i zmiażdżyć" - Moshe Dayan, szef sztabu IDF i minister obrony Izraela
"Izrael musi być jak wściekły pies, zbyt niebezpieczny, by go zaczepiać" - Moshe Dayan
"Za każdym razem, kiedy coś robimy, mówicie mi, Ameryka zrobi to i tamto...
Chcę wam coś powiedzieć bardzo jasno:
Nie martwcie się o amerykańską presję na Izrael. My, żydzi, kontrolujemy Amerykę, i Amerykanie o tym wiedzą" - Ariel Sharon, premier Izraela
"Nie dbam o to, że postawicie mnie przed trybunałem w Norymberdze i zamkniecie w więzieniu na dożywocie, kiedy "zadanie" zostanie ukończone. Powieście mnie, jeśli chcecie, jako zbrodniarza wojennego. Czego nie rozumiecie to to, że "brudna robota" syjonizmu nie została jeszcze ukończona, daleko do tego" - Ariel Sharon, premier Izraela
Żydowskie kolonie
Istnieje możliwość powielania materiałów „Palestyny” pod warunkiem podania źródła w postaci linka, nie dokonywania zmian w tekście oraz wykorzystania niekomercyjnego.